Ford, Fiat i „fszystkie” francuskie. Wyśmiewane, szykanowane i obrażane. Ale także podziwiane, wysławiane i wychwalane. Jakie one są? Jakie są „auta na F”?

Michał (mich_wr) pytał się o moje zdanie na ich temat w komentarzu do wpisu o Astrze dobrych kilka miesięcy temu, ja sam liznąłem ostatnio ten temat we wpisie o Wrzoscarze a dziś nadszedł wreszcie czas, aby temat rozwinąć.

Jakie są „auta na F”? Szczerze? To nie takie proste!

Co liczy się najbardziej dla przeciętnego Kowalskiego, który kupuje używane auto za kilka, kilkanaście czy coraz częściej za kilkadziesiąt tysięcy zł? Sprawę świętej trójcy czyli rocznika, przebiegu i ceny zostawiam w spokoju i skupiam się na kolejnych cechach.

Wygląd? Prestiż? Jakość wykonania? Pojemność bagażnika? Przestronność? Czy może szeroko pojęta bezawaryjność, która w ogromnej mierze będzie określała wysokość dodatkowych nakładów, które trzeba będzie ponieść na bieżące utrzymanie wymarzonego auta?

Każdy chyba słyszał o niemieckim TUV, który co roku publikuje wyniki z autami najlepiej i najgorzej wypadającymi podczas badań. I nie będzie niczym odkrywczym, jeśli podam tu linki do aktualnych wyników, do wyników z ubiegłego roku, wyników z roku 2006 czy choćby do wyników z roku 2004.

Nie będzie także niczym odkrywczym, jeśli napiszę, że we wszystkich testach (niezależnie czy opublikowanych w 2009 czy w 2004 roku) oraz niezależnie od grupy wiekowej badanych samochodów, „auta na F” plasują się generalnie w tej gorszej połowie stawki… I moim zdaniem jest to poważny argument wpływający na ogólną niechęć do „eFek”.

Czy słusznie?

Pamiętajmy, że w kraju nad Wisłą utartych jest mnóstwo mitów, które po przeniknięciu do umysłów milionów Słowian pozostają w nich na długo i ciężko ten stan umysłu zmienić. Pamiętajmy także, że mówimy tu o autach używanych, w polskich warunkach najczęściej w wieku ok. 10 lat, które mają praktycznie zawsze 100% bezwypadkową, ale często jednak bujną przeszłość.

Muszę uczciwie przyznać, że także i do mojego umysłu zdążyła przesiąknąć ogólna opinia o autach na „F” i właśnie dlatego we wspominanym już wpisie o Wrzoscarze napisałem: Nigdy jakoś nie przepadałem za Francuzami. I pomimo, że nigdy żadnego Francuza, ani innego „auta na F” nie posiadałem na własność, to… no właśnie… nigdy jakoś nie przepadałem za Francuzami. Nie przepadałem, bo w głowie siedział mi być może krzywdzący mit.

Ale moim zdaniem ważne jest, aby nabywane właśnie, używane auto było prawdziwie bezwypadkowe i bezkolizyjne oraz w jak najlepszym stanie technicznym. A czy to będzie Renault, Toyota, Citroen, Audi, Peugeot, Mercedes, Fiat, Honda, Opel czy Ford…

Chciałoby się powiedzieć, że marka powinna mieć tu mniejsze znaczenie, bo skoro mowa o autach używanych, to przecież każde z nich ma prawo się zepsuć. Z drugiej jednak strony, nie mogę wyobrazić sobie sytuacji, że na równi będę stawiał 10- letnie egzemplarze Renault Safrane, Citroena XM, Hondy Legend, Mercedesa klasy E oraz np. Audi A6. Wiem, to są tylko samochody, które były używane w bardziej lub w mniej delikatny sposób, ale ogólnie przyjęte normy zbudowane m.in. na podstawie różnego rodzaju opinii przeczytanych w magazynach motoryzacyjnych (np. testy długodystansowe) i usłyszanych wśród użytkowników każą mi jednak myśleć, że wolałbym kupić 10- letniego Japończyka lub Niemca niż „auto na F” należące do tej samej klasy.

Jednak, zgodnie z tym, co napisałem już wcześniej – To nie takie proste!

Bo co jeśli klasą E lub Hondą Legend jeździł wcześniej człowiek, który auto używa do czasu, aż coś się w nim nie urwie? Co jeśli nie chciał on tracić swojego cennego czasu na odstawianie auta na pogwarancyjne przeglądy (z wymianą oleju itd.), bo uważał, że nie są one potrzebne? I co jeśli inny człowiek – użytkujący Safrane czy XM, który bardzo dbał o swój samochód sprzedaje go teraz tylko dlatego, że dostał nowe, luksusowe auto firmowe i wie, że nie będzie już używał swojego „auta na F”? Czy w tej sytuacji „auto na F” nadal ma stać na z góry przegranej pozycji, bo pod względem bezawaryjności nie może się równać z równoletnim Mercedesem?

To nie takie proste!

A co jeśli ów 10- letni Mercedes stojący w polskim komisie to reanimowany według znanego przepisu trup, podczas gdy stojący obok niego Safrane czy XM to egzemplarz z polskiego salonu, który komis odkupił od opisywanego przed chwilą człowieka? Czy w tej sytuacji „auto na F” nadal ma stać na z góry przegranej pozycji, bo pod względem bezawaryjności nie może się równać z równoletnim Mercedesem?

To nie takie proste!

A co jeśli ów 10- letni Mercedes z turbodieslem (CDI) stojący w polskim komisie to sprowadzona z Niemiec taksówka, której licznik po magicznej korekcie pokazuje już nie 695, ale tylko 195 tysięcy kilometrów? Czy taki odmłodzony o równe pół miliona kilometrów Niemiec nadal powinien być pozycjonowany lepiej od pochodzącego z Polski „auta na F” z silnikiem benzynowym, który przejechał rzeczywiście 195 tys. km?

To nie takie proste!

No właśnie… wszystko zależy od konkretnego przypadku… Ważne jest, aby używane auto było prawdziwie bezwypadkowe i bezkolizyjne oraz w jak najlepszym stanie technicznym. Bo jeśli się źle trafi, to wymarzony, 100% bezwypadkowy i ze 100% oryginalnym przebiegiem Mercedes przysporzy nowemu właścicielowi o wiele więcej siwych włosów niż owiany złą sławą, ale naprawdę zadbany Citroen XM.

 

Ktoś kiedyś powiedział, że ludzie, którzy każdego dnia piją wino szklankami i zagryzają je żabami, nie mogą zaprojektować i zbudować dobrego auta.

Ale ja teraz mogę powiedzieć, że niczego dobrego nie mogą także zbudować ludzie, dla których korekcja przebiegu, migomat spawalniczy oraz młotek i szpachla wchodzą w skład obowiązkowej ścieżki zdrowia dla każdego oferowanego później do sprzedaży auta.

 

Gdybym jednak jutro miał kupić jedno z następujących, 10- letnich aut: Golf, Corolla, Focus, Octavia, Almera, 307, Leon, Civic, Megane oraz Stilo, co do których miałbym pewność, że wszystkie są tak samo zadbane, mają zbliżony, naprawdę autentyczny przebieg, wszystkie są naprawdę bezwypadkowe itd. to… dobra, powiedzcie, że ulegam stereotypom i że dałem się omamić wynikom TUV, ale nie myślałbym o żadnym „aucie na F”. Mój wybór ograniczałby się do Almery, Corolli i Civica.

Nie dlatego, że mam coś do „aut na F”, ale dlatego, że Almera, Corolla i Civic to Japończycy, o których moje ogólne zdanie jest sporo lepsze niż o „eFkach”. Mam oczywiście świadomość, że używany „Japan” też ma prawo się zepsuć i wiem, że od czasu do czasu trzeba będzie włożyć nieco grosza…

Hmmm… z drugiej strony wiem przecież, że bezawaryjność to nie wszystko, bo w autach tak naprawdę liczy się także mnóstwo innych rzeczy. Hmmm…

To nie takie proste!

Ale wziąłbym jednak „Japońca”.