Ford, Fiat i „fszystkie” francuskie. Wyśmiewane, szykanowane i obrażane. Ale także podziwiane, wysławiane i wychwalane. Jakie one są? Jakie są „auta na F”?
Michał (mich_wr) pytał się o moje zdanie na ich temat w komentarzu do wpisu o Astrze dobrych kilka miesięcy temu, ja sam liznąłem ostatnio ten temat we wpisie o Wrzoscarze a dziś nadszedł wreszcie czas, aby temat rozwinąć.
Jakie są „auta na F”? Szczerze? To nie takie proste!
Co liczy się najbardziej dla przeciętnego Kowalskiego, który kupuje używane auto za kilka, kilkanaście czy coraz częściej za kilkadziesiąt tysięcy zł? Sprawę świętej trójcy czyli rocznika, przebiegu i ceny zostawiam w spokoju i skupiam się na kolejnych cechach.
Wygląd? Prestiż? Jakość wykonania? Pojemność bagażnika? Przestronność? Czy może szeroko pojęta bezawaryjność, która w ogromnej mierze będzie określała wysokość dodatkowych nakładów, które trzeba będzie ponieść na bieżące utrzymanie wymarzonego auta?
Każdy chyba słyszał o niemieckim TUV, który co roku publikuje wyniki z autami najlepiej i najgorzej wypadającymi podczas badań. I nie będzie niczym odkrywczym, jeśli podam tu linki do aktualnych wyników, do wyników z ubiegłego roku, wyników z roku 2006 czy choćby do wyników z roku 2004.
Nie będzie także niczym odkrywczym, jeśli napiszę, że we wszystkich testach (niezależnie czy opublikowanych w 2009 czy w 2004 roku) oraz niezależnie od grupy wiekowej badanych samochodów, „auta na F” plasują się generalnie w tej gorszej połowie stawki… I moim zdaniem jest to poważny argument wpływający na ogólną niechęć do „eFek”.
Czy słusznie?
Pamiętajmy, że w kraju nad Wisłą utartych jest mnóstwo mitów, które po przeniknięciu do umysłów milionów Słowian pozostają w nich na długo i ciężko ten stan umysłu zmienić. Pamiętajmy także, że mówimy tu o autach używanych, w polskich warunkach najczęściej w wieku ok. 10 lat, które mają praktycznie zawsze 100% bezwypadkową, ale często jednak bujną przeszłość.
Muszę uczciwie przyznać, że także i do mojego umysłu zdążyła przesiąknąć ogólna opinia o autach na „F” i właśnie dlatego we wspominanym już wpisie o Wrzoscarze napisałem: Nigdy jakoś nie przepadałem za Francuzami. I pomimo, że nigdy żadnego Francuza, ani innego „auta na F” nie posiadałem na własność, to… no właśnie… nigdy jakoś nie przepadałem za Francuzami. Nie przepadałem, bo w głowie siedział mi być może krzywdzący mit.
Ale moim zdaniem ważne jest, aby nabywane właśnie, używane auto było prawdziwie bezwypadkowe i bezkolizyjne oraz w jak najlepszym stanie technicznym. A czy to będzie Renault, Toyota, Citroen, Audi, Peugeot, Mercedes, Fiat, Honda, Opel czy Ford…
Chciałoby się powiedzieć, że marka powinna mieć tu mniejsze znaczenie, bo skoro mowa o autach używanych, to przecież każde z nich ma prawo się zepsuć. Z drugiej jednak strony, nie mogę wyobrazić sobie sytuacji, że na równi będę stawiał 10- letnie egzemplarze Renault Safrane, Citroena XM, Hondy Legend, Mercedesa klasy E oraz np. Audi A6. Wiem, to są tylko samochody, które były używane w bardziej lub w mniej delikatny sposób, ale ogólnie przyjęte normy zbudowane m.in. na podstawie różnego rodzaju opinii przeczytanych w magazynach motoryzacyjnych (np. testy długodystansowe) i usłyszanych wśród użytkowników każą mi jednak myśleć, że wolałbym kupić 10- letniego Japończyka lub Niemca niż „auto na F” należące do tej samej klasy.
Jednak, zgodnie z tym, co napisałem już wcześniej – To nie takie proste!
Bo co jeśli klasą E lub Hondą Legend jeździł wcześniej człowiek, który auto używa do czasu, aż coś się w nim nie urwie? Co jeśli nie chciał on tracić swojego cennego czasu na odstawianie auta na pogwarancyjne przeglądy (z wymianą oleju itd.), bo uważał, że nie są one potrzebne? I co jeśli inny człowiek – użytkujący Safrane czy XM, który bardzo dbał o swój samochód sprzedaje go teraz tylko dlatego, że dostał nowe, luksusowe auto firmowe i wie, że nie będzie już używał swojego „auta na F”? Czy w tej sytuacji „auto na F” nadal ma stać na z góry przegranej pozycji, bo pod względem bezawaryjności nie może się równać z równoletnim Mercedesem?
To nie takie proste!
A co jeśli ów 10- letni Mercedes stojący w polskim komisie to reanimowany według znanego przepisu trup, podczas gdy stojący obok niego Safrane czy XM to egzemplarz z polskiego salonu, który komis odkupił od opisywanego przed chwilą człowieka? Czy w tej sytuacji „auto na F” nadal ma stać na z góry przegranej pozycji, bo pod względem bezawaryjności nie może się równać z równoletnim Mercedesem?
To nie takie proste!
A co jeśli ów 10- letni Mercedes z turbodieslem (CDI) stojący w polskim komisie to sprowadzona z Niemiec taksówka, której licznik po magicznej korekcie pokazuje już nie 695, ale tylko 195 tysięcy kilometrów? Czy taki odmłodzony o równe pół miliona kilometrów Niemiec nadal powinien być pozycjonowany lepiej od pochodzącego z Polski „auta na F” z silnikiem benzynowym, który przejechał rzeczywiście 195 tys. km?
To nie takie proste!
No właśnie… wszystko zależy od konkretnego przypadku… Ważne jest, aby używane auto było prawdziwie bezwypadkowe i bezkolizyjne oraz w jak najlepszym stanie technicznym. Bo jeśli się źle trafi, to wymarzony, 100% bezwypadkowy i ze 100% oryginalnym przebiegiem Mercedes przysporzy nowemu właścicielowi o wiele więcej siwych włosów niż owiany złą sławą, ale naprawdę zadbany Citroen XM.
Ktoś kiedyś powiedział, że ludzie, którzy każdego dnia piją wino szklankami i zagryzają je żabami, nie mogą zaprojektować i zbudować dobrego auta.
Ale ja teraz mogę powiedzieć, że niczego dobrego nie mogą także zbudować ludzie, dla których korekcja przebiegu, migomat spawalniczy oraz młotek i szpachla wchodzą w skład obowiązkowej ścieżki zdrowia dla każdego oferowanego później do sprzedaży auta.
Gdybym jednak jutro miał kupić jedno z następujących, 10- letnich aut: Golf, Corolla, Focus, Octavia, Almera, 307, Leon, Civic, Megane oraz Stilo, co do których miałbym pewność, że wszystkie są tak samo zadbane, mają zbliżony, naprawdę autentyczny przebieg, wszystkie są naprawdę bezwypadkowe itd. to… dobra, powiedzcie, że ulegam stereotypom i że dałem się omamić wynikom TUV, ale nie myślałbym o żadnym „aucie na F”. Mój wybór ograniczałby się do Almery, Corolli i Civica.
Nie dlatego, że mam coś do „aut na F”, ale dlatego, że Almera, Corolla i Civic to Japończycy, o których moje ogólne zdanie jest sporo lepsze niż o „eFkach”. Mam oczywiście świadomość, że używany „Japan” też ma prawo się zepsuć i wiem, że od czasu do czasu trzeba będzie włożyć nieco grosza…
Hmmm… z drugiej strony wiem przecież, że bezawaryjność to nie wszystko, bo w autach tak naprawdę liczy się także mnóstwo innych rzeczy. Hmmm…
To nie takie proste!
Ale wziąłbym jednak „Japońca”.

Liczba komentarzy dla " Auta na F ": 42
Przejdź do komantarzy rss lub skorzystaj z odnośnikaJakość poszczególnych marek widać po tym, co się sprowadza. Gdyby auta na F były dobre, to byłyby sprowadzane masowo zamiast “niemców” i “japońców”. Czy widzicie na ulicach dużo francuskich aut z początku lat 90?? NIE. A ile golfów, pasków, civiców,corolli, które zrobiły xxx km i mają się wciąż swietnie? DUŻO. Fiat jest u nas lubiany wyłącznie z sentymentu po maluchu i dużym fiacie. Ale wiadomo, przy kupnie decyduje indywidualny stan auta i to się liczy, pewnie mając do wyboru np. zmęczonego golfika i jakiś zadbany samochód na F, to wybrałbym F;)
Mi się dość dobrze jeździ autami na F i francuzami. Zdarzyło mi się pojeździć laguną 1. z dobrym silnikiem od volvo. Pod względem stylistyki szału nie ma, ale komfort, moc silnika oraz wyposażenie powyżej średniej. Nie licząc mercedesa, to właśnie renault wprowadza nowinki techniczne do aut niższej półki niż premium. Przykładowo automatyczna klima w lagunie.
Tak samo dobrze wspominam fiata tipo granturismo. Wyposażenie miał wyśmienite, jak na ten segment. Rocznik 1994, skóra, elektryczne szyby, wspomaganie itd. Jednak pod względem bezawaryjności nie był orłem. Siadały przede wszystkim tuleje wahaczy.
Jeździłem też citroenem zx. Co prawda tylko 3 miesiące, ale przez ten czas nawet na żadną awarię się nie zapowiadało. Wyśmienite hamulce, wyposażenie takie sobie, bo tylko elektryczne szyby i lusterka i wspomaganie, 100% bezwypadkowy. Niestety troszkę go rdza podjadła w progu i Anglicy nie puścili na przeglądzie. Wyjeżdżałem tak czy inaczej, więc sprzedałem.
Ja nie mam jakiegoś uprzedzenia do aut na F. Mają ciekawą stylistykę (czasami kontrowersyjną ;)). Używam teraz opla omegi b z przed wszelkich modernizacji, który nie należy do bezawaryjnych. Ale uwielbiam ten samochód za komfort. Ludzie posiadający “francuzy”, które się psują pewnie czują to samo.
Nigdy się nie dowiemy co tracimy, jeśli nie spróbujemy. Niektórzy jak nie spróbują automatycznej skrzyni biegu, to zawsze na nią psioczą. Ja mam do takiego wynalazku neutralny stosunek. Tylik dość podobnie. Tylko, że on jest troszkę bardziej niekompatybilny, jak już wielokrotnie wspominał. Podobnie jest z autami na F. Takie auta kupuje się po części sercem ;)
@Bartek – chociaz mozna sie zastanowic, bo może mało ludzi chce importowac uzywanych aut na F, bo kazdy sie boi, ze przy polskim micie ciezko bedzie te auta sprzedawać. A VW czy Opel bedą sie sprzedawac jak ciepły były, no bo przecież nie są na “F” :D
@Łosiu – no i świetnie! Ty masz dobrą opinię o “eFkach” i niczego złego na temat Twój lub Twoich aut nie powiem.
A do automatów jestem rzeczywiście troszkę bardziej niekompatybilny, hehe (pomimo tego, ze juz troche jeździłem autami na leniwcu)
Póki co, to koreańce wyraźnie poprawiły swoją jakość i gonią auta na F lub je już ścignęły. Produkują autka coraz ładniejsze, lepiej wykończone i co najważniejsze bardziej trwałe niż parę lat temu. A jak automat, to DSG – fantastyczny wynalazek.
Co do aut na F na przykladzie znajomych:
Ford Mondeo 2, i praktycznie pomijajac standardowa eksploatacje i troche problemow z partacko zalozona instalacja gazowa sprawuje sie bardzo dobrze (w dodatku auto wygodne, ze spora moca i bardzo przyjemnie sie jezdzi)
Fiat Regata – po prostu tragedia, sypalo sie doslownie wszystko i caly czas, samochod kilka razy odmowil jazdy w trasie + rdza
Seicento – o dziwo nadzwyczaj bezporblemowe w dodatku po zalozeniu lpg jezdzi sie prawie za darmo, taniej niz moim Golfem. Niestety wygoda, pojemnosc i bezpieczenstwo zadne. w dodatku wykonczenie wnetrza tragiczne, nawet oszczedzano na obiciu drzwi…
Co do Golfa III – sam jezdze i samochod raczej bezproblemowy, pomijajac standardowa eksploatacje i wandalizm. Jakby kogos interesowalo dokladniej, prowadze na swoim blogu od sylwestra bloga z dziennikiem kosztow (wszystkie wydatki). Na plus jest prostota wszelkich napraw, zarowke wymienia sie w 2-3 minuty (dla porownania polecam poczytac gdzies jak sie to w Stilo robi:)
Miałem “auto na F” – Forda Escorta Mk7. Dobrze go wspominam, był naprawdę mało kłopotliwy i niewielkim nakładem kosztów można było go doprowadzić do stanu, który gwarantował to, że nie zawiedzie w potrzebie. Życzyłbym każdemu właścicielowi 10-letniego auta tak mało kłopotliwej eksploatacji – co 10 tys. km przegląd, coś tam zwykle przeciekało, jakiś luz w zawieszeniu się pojawiał, ale ogólnie to było wzorowe auto, choć wyprodukowane już w okresie schyłkowym, gdy Ford nie przykładał się do Escortów, bo Focusy sprzedawały się jak świeże bułki.
Kupiłem zadbany, sprzedałem zadbany, na pewno będzie jeszcze długo i bezawaryjnie służył.
Ja miałem auto prawie na “F”, nazywało się AlFiat Romeo 156. Samochód wygodny, szybki (silnik 1,8, 140KM, poniżej 10 sekund do setki), bardzo ładny. Serwisowałem go w ASO i powiem szczerze, poziom obsługi i jakość tego, co chłopaki robią skutecznie zniechęciły mnie do własnego samochodu. Nie mówiąc o tym, że najzwyczajniej w świecie “znikały” z auta takie drobiazgi, jak katalizator, czy alternator (zamiast jednego trafiła obudowa z rurą w środku a drugi został zmieniony na zepsuty. Obydwie sprawy wyszły bezpośrednio po odebraniu auta z warsztatu, więc nie mam żadnych wątpliwości co do źródła usterek). Wniosek jest banalny: zanim znów ulegnę włoskiemu designowi poważnie się zastanowię.
I teraz puenta: Serwis Alfy i co za tym idzie Fiata został swego czasu w Top Gear określony mianem najgorszego ze wszystkich innych. Empirycznie stwierdziłem, że jest to prawda. W związku z tym trudno winić bogu ducha winną Alfę za to, że się sypie, skoro co wizytę w warsztacie służy jako “dawca”. I pewno stąd mit o awaryjności.
Ja jeżdżę w pracy “francuzami” a po pracy “niemcem”. “Francuzami” jeżdżę od nowości (średnio mają po 3 lata), “niemca” kupiłem 4-letniego. No i niestety ale sprawdzają się stereotypy – “francuzy” są niesamowicie wygodne: raz, że jest masa schowków, w ogóle jest w środku wygodnie i ergonomicznie, dwa – są bardzo “wyrozumiałe” dla naszych dróg. Niestety z ich trwałością jest różnie, serwis – mimo młodego wieku – odwiedzają często, a to linka od sprzęgła się urwie a to płyn hamulcowy spierniczy i takie tam. Mimo, że są regularnie serwisowane w ASO. No i 3-letnie auta wyglądają i “brzmią” jak 10-letnie: tu się coś telepie, tam coś skrzypi, gdzie indziej stuka – mnie to bardzo drażni. Dla porównania 5-letni już opel (mimo, że to nie z tych najtrwalszych “niemców”) wygląda i brzmi jak nówka, “nic nie stuka, nic nie puka”, lakier z plastików nie odłazi jak we “francuzach” a i usterek (puk puk) praktycznie nie ma. Także jak dla mnie to stereotypy akurat w tym przypadku mają podstawy (o fiatach w ogóle się nie wypowiadam, bo dla mnie to nie auta :P, inne włoskie “fiaty” są jak włoskie buty imho – ładne, czasem wygodne, szkoda, że się rozlatują po miesiącu a sprzedawca udaje wtedy, że to nie jego produkt).
Jeszcze jedno mi się przypomniało, szkoda, że nie można edytować ;)
Pamiętam, że jak kupowałem moją astrę to w cenie najtańszej astry wątpliwego stanu można było bez problemu znaleźć kilka lagun albo 307sw z tego samego rocznika “na niezłym wypasie”. A często i sporo tańsze były. Wtedy stwierdziłem, że coś w tym musi być, że tak tracą na wartości…
Tylik masz racje ze wszystko zalezy od tego co sie kupi i jak sie dba o to.
Mialem kiedys Forda Escorta z 1999 r wersje Ghia, z silnikiem benzynowym 1.8. Zrobilem nim okolo 40 tys km i nic nie dolozylem do niego nic sie nie zepsulo, pomimo bardzo bogatego wyposazenia a jak wiemy najczesciej psuje sie w samochodach elektryka a najbardzej naszpikowanymi samochodami w nia sa auta francuskie.
Dzisiaj mam okazje jeszcze czasem pojezdzic Fordem gdyz zostal sprzedany bratu, ktory zrobil nim dodatkowo jeszcze 30 tys km i przez ten okres pojawila sie jedna usterka padl czujnik temperatury ale zyczylbym sobie i kazdemu zeby takie usterki sie tylko zdarzaly w autach ktore maja po 10 lat i wiecej.
Pomimo ze posiadam teraz auto w najbogatszej wersji to brakuje mi jednego elementu z Forda ….. podgrzewanej przedniej szyby.
A co do Mercedesa to ja np nie kupilbym tego wynalazku, rdzewieje jak Opel a i trwaloscia nie dorownuje juz legendarnej wersji W124. Poczytajcie sobie o najnowszych silnikach w Mercedesach 250 CDI…..dla mnie czysta kpina i przy tych wynalazkach to Fiat PAnda jest wzorem bezawaryjnosci.
@helder z tego co wiem to lakier złaził w VW czyli rodowitych Niemcach a złaził z przycisków uchwytów do zamykania na boczkach drzwi właściwie ze wszystkiego. Co do fiatów nie wiesz nie wypowiadaj się.
Mój ojciec jest właścicielem Fiata Uno 1.0 z 95 roku. Poza korozją na rantach drzwi auto jest praktycznie bezawaryjne. Tzn do tej pory (czyli przez 8 lat były robione:
-Moduł przy aparacie zapłonowym
-Hamulce tył
-Hamulce przód (2x)
-Amortyzatory przód
-Końcówki drążków kierowniczych
-Uszczelka pod “klawiaturą” + oring przy
-pompa wody (zaczęła lać zapewne poprzedni właściciel nie wymieniał przy wymianie paska)
aparacie zapłonowym
-Sworznie na wahaczach
Poza tym wymieniany był olej, filtry, świece (+ kopułka, palec i przewody WN), żarówki, opony no i lane paliwo.
Jak widać większość “awarii” to po prostu zużycie elementów eksploatacyjnych a najlepsze jest to że do tej pory nie przeżarło wydechu (z takim był kupiony i jeździ do tej pory raz spawany bo niestety urwał się po zahaczeniu podwoziem o bryłę lodu). We wnętrzu nic nie lata czasem słychać stukanie deski na mocniejszych dołkach, nigdy nic nie skrzypiało. Auto jest przecież sprzed skoku jakości Fiata z lat 2004 (Grande Punto) więc gdzie jest ta awaryjność się pytam.
Niestety ale jest to powielany przez wszystkich mit z czasów PRL kiedy to Niemcy produkowali naprawdę solidne auta (szczególnie Mercedes) a Fiat każdemu kojarzył się ze 125p i 126p (A one miały niewiele wspólnego z Fiatem). Obecnie nijak się ma do rzeczywistości.
@Tylik powołujesz się na raporty TÜV ale jest pewien problem one nie pokazują realnej usterkowości tylko jak kto dba o auto. W dodatku wliczają się tam takie “usterki” jak przepalona żarówka czy zdarte opony (to przecież niedbalstwo właściciela a nie usterka auta). Japończyki tak te starsze są bezawaryjne ale im nowsze tym gorsze (np. Avensis II) tylko Mazda względnie trzyma formę.
Skoro auta a F są awaryjne to dlaczego Fiatowskie Diesle z CR są uważane za najmniej awaryjne i najtrwalsze. Auta Francuskie też są niezłe ale Francuzi mają tendencję do kombinowania z elektroniką co nie zawsze wychodzi im na dobre ale mechanika jest trwała. Fordy do tej pory ich największym grzechem była Blacha. Znajomy ma Mondka i poza rdzą nie miał z nim większych problemów (miał jeszcze problem z cewką pękła obudowa). wcześniej miał Escorta (1992) i gdyby go nie zżarło tak że odpadła tylna oś byłoby nieźle.
@pio075: jak nie wiem jak miałem przez kilka lat fiata… 126p ;) A na serio to kilku znajomych miało fiaty różne i na tej podstawie opieram swoją opinię. Pomijam fakt, że mi się nie podobają.
Co do diesli to akurat się cieszę, że mam z17dth, bo pozostałe diesle w astrach (1.3 i 1.9) to ponoć konstrukcje fiatowskie znane z tego, że mają tanie części ale czy z bezawaryjności? Z moim silniczkiem od isuzu też problemów nie ma…
czasy sie zmieniają, i francuzi nie stoją w miejscu.Widac to szczegolnie w przypadku renault, ktore od 2006 roku bardzo duzy nacisk polozylo na jakosc i niezawodnosc.
Polecam chocby Adac 2008, w ktorym to, wszystkie renie, wypadają bardzo dobrze. A Laguna 3, ląduje na 2 miejscu, mocno wyprzedzając mazde 6 czy avensis.
Nowy tuv 2010, auta od 2 do 3 lat, czyli auta wyprodukowane w latach 2005 i 2006. Tutaj tez ciekawostka, honda accord osiaga wynik 5,8%, Laguna zaś, 5,9%..tyle, ze laguna ma sredni przebieg o 9tkm wiekszy niz accord…
Niemcy powiadasz, np passat. Test dlugodystansowy przeprowadzony przez autobild pokazal co to auto potrafi, wraz z innymi ludowozami, zakonczyl test na dole zestawienia. Wypasc gorzej niz testowa na tym samym dystansie, rowniez przez auto bild, laguna 2 1.9dci z poczatkow produkcji, to naprawde “sukces”. Auto zeitung,opublikowal niedawno wynik testu Laguny 3, rowniez na dystansie 100.000 km, byl on wiecej niz pozytywny, na gwarancji wymieniony tylko zepsuty czujnik temperatury kabiny.
Niemiecki test satysfakcji konsumentow, voss, JD Power, plasuje nowa lagune, na 1 miejscu w klasie, i na 3 w kategorii open.. przed accordem, mazda czy avensis…
Clio 3? Wypada swietnie, dekra..adac..
Stereotypy? No coż…
Miałam kiedyś auto na “F”- Fiata Seicento. Wymieniałam co trzeba i lałam paliwo, sprawował się bardzo dobrze, nigdy mnie nie zawiódł. Mały miejski samochodzik. Co do materiałów…auto za delikatne na nasze polskie drogi. Francuzów nie uznaję, nie mam do niech przekonania, nie podobają mi się. Raczej nie dam się przekonać do zakupu takiego samochodu.
VW – jestem zadowolona. Lepsze wykonanie, wytrzymalsze materiały. Własciwości jezdne zupełnie inne, lepsze, zadowalające :-)
Samochody … każdy ma swoją “ulubioną” markę. Dla jednego samochód na “F” to nie samochód, a inna marka to klasa. Patrząc teraz na samochody, widać, że wiele z nich jest robiona na ilość, nie na jakość. Byle sztuka i sprzedać. Nawet niezawodna Toyota popełniła błąd.
Każda marka ma swoje wady i zalety, a tylko od kupującego – kierowcy zależy co jest dla niego priorytetem – bezpieczeństwo, prestiż, komfort, czy też koszt.
Pozdr.
@helder to podaj jakąś typową przypadłość 1.9JTD lub 1.3 mJet. Te gadki o awaryjności i niskiej jakości są mitem, ale niech będzie dzięki temu kupię taniej pewniejsze auto (trudniej nadziać się na Fiata sprowadzonego z Niemiec w dwóch częściach) i młodsze auto. Co do wyglądu to kwestia gustu ale akurat Ople tutaj niezbyt błyszczą, dopiero Astra IV wygląda nieźle tylko jak na nią patrzę to ma wrażenie że Opel nieco się zapatrzył na nowe Bravo (szczególnie z tyłu). Znajomy ma Bravkę z 99 roku i także nie narzeka (ma ją od nowości). Nie miał też jakichś większych awarii. A przecież auto stoi w rankingach awaryjności nisko. Inny z Kolei ma Megankę (2001), oraz Clio (2003) i także bez większych problemów więc albo świętokrzyski klimat sprzyja autom na “F” albo te auta nie są złe a zła jest tylko opinia o nich.
Przychylę się do opinii Tylika…to wszystko zależy. Przeglądając oferty oglądam każdy, gdzie cena skalkulowana jest odpowiednio do jakości i stanu technicznego. Zawsze tez warto wspomóc się opiniami z forów użytkowników danej marki. Każdemu producentowi trafiają się lepsze i gorsze modele i wersje silnikowe. Na pewno nie powinno się kierować stereotypami. Odkąd pamiętam jeździłem (autami rodziców) pancerwagenami w dieslu (Kadett,Golf,Polo,Orion,Escort,Astra,Vectra) i wiem jedno…psują się jak każdy inny. O każdym z nich mógłbym powiedzieć kilka dobrych i złych słów, ale na pewno nie to, że są jakoś mocno lepsze od aut francuskich. Dziś jeżdżę (własnym) Clio w benzynie i jestem bardzo zadowolony, przez 4 lata i prawie 60kkm nigdy mnie nie zawiodło, gdy go potrzebowałem. O każde auto trzeba dbać, a wtedy ono odwdzięczy się bezproblemową eksploatacją. A wszystkim stereotypom mówię “NIE”. Jeżeli dla statystycznego użytkownika najważniejszym kryterium po cenie, jest “niemieckość” i małe spalanie to raczej nie będę go przekonywał, że może warto sprawdzić dokładnie przeszłość auta, jego stan techniczny, opinie użytkowników, ryzyko kradzieży auta czy elementów. Nikt nie przekona nieprzekonanych…i tyle:) A każdemu życzę świadomych wyborów…bo w myśl zasady “Oszczędny traci dwa razy”.
Miałem parę aut na “F”. I o dziwo Fiaty były lepsze od Francuskich. Miałem Seicento od nowości przez 3 lata(w zasadzie bezawaryjny)Bravo HGT 99′ (poza eksploatacją nic się nie działo) o maluszku nie wspomnę (bo to inna liga) :)
Miałem Renault Scenica 99 r Renault Espace 99 r Citroena Berlingo 2004 r.
Berlingo ze względu na prostotę i to że był nowy przez 3 lata nic się nie działo
Scenic mnóstwo pierdół się psuło ale do przeżycia.
O Espace nie chce nawet wspominać bo jak sobie go przypomnę to mi się słabo robi, a auto kupione od rodziny z pierwszych rąk działało na zasadzie : “synu nie znasz dnia ani godziny” pod koniec bałem się nim jechać gdzieś dalej żeby znów się coś nie spier….lo. Psuło się wszystko zawieszenie to można powiedzieć eksploatacja ale elektryka i osprzęt silnika to po prostu szok.
Teraz od roku mam koreańca i póki co nie narzekam. Wypowiem się za 3 – 4 lata (tyle go zamierzam trzymać)
W zeszłym tygodniu sprzedałem auto na F. Citroen Xsara VTS 164 KM, rok 98 import ze Szwajcarii. I śmiało mogę każdemu polecić ten samochód. Moc silnika, prowadzenie, wyposażenie ( skóra, klimatronik, pełna elektryka i wiele innych fajnych udogodnień ), wszystko to czyni ten samochód bardzo atrakcyjnym, zwłaszcza jeżeli porównamy cenę do mocy i osiągów. Z czystym sumieniem takim francuzem mogę startować w zawodach z Hondą Civiciem V-TEC. Niestety jak zawsze trzeba trafić na zadbany egzemplaż. Jeżeli taki już masz napewno zmienisz zdanie na temat aut na F.
Sam jeżdżę Fordem. Wcześniej Fiestą (8 lat) teraz Focusem (4 rok). Oba przede wszystkim mają świetną stylistykę wnętrza, a nie jak od siekiery w VW (wiem – kwestia gustu).
Eksploatacyjnie – tylko korozja jest problemem.
Łączniki drążka stabilizatora czy gumy w zawieszeniu to norma na naszych drogach w każdym aucie. Miałem okazję przejechać się też Citroenem – bajka (nie wiem jak eksploatacja). Wydaje mi się, że francuzy mają złą opinię przez hydroaktywne zawieszenie – po prostu połowa naszych mechaników nie wiedziała jak do tego się zabrać (tak było też kiedyś ze skrzyniami automatycznymi). A summa sumarum i tak każdy kupi to co mu się podoba i na co go stać ;)
Wybacz helder ale piszesz głupoty. Lakier odłazi w wielu autach grupy VW a nie we Francuzach. Jeśli chodzi o diesle, to pierwszym autem z nowoczesnym silnikiem common rail była Alfa Romeo (w podobnym okresie również Mercedes)a więc grupa Fiata. Silniki HDI mają renomę i montowane są również w autach niemieckich marek. Miałem różne auta, m.in. Fiata, teraz mam Francuza. Pół mojej rodziny uznaje tylko auta niemieckie więc mam okazję często nimi jeździć i mam porównanie.
Nie jestem wielbicielem aut “F”. To, że jeżdżę autem francuskim wynika z chłodnej kalkulacji. Jeżeli za podobną kwotę mogę kupić starego, kombinowanego “Niemca” lub dużo nowszego “Francuza” w lepszym stanie, to się nie zastanawiam.
Tak jak Tylik napisał: ważne jest jak auto było użytkowane, jego stan techniczny, parametry, wyposażenie. Co do argumentu, że nie podoba się – nie dyskutuję.
Ja również “jeszcze” nie zdecydowałem sie na “F”, choć muszę przyznać ze szalenie mi sie podobają (leciwa już 406, czy nowiótkie Megane czy Laguna) – po prostu stylistyczne perełki. Jednakoż mam znajomego który klnął jak szewc na swoją 106 (koszty czesci, robocizny, trwałość – głównie zawieszenia. Sprzedał i teraz jeździ szczęśliwy Borą. Inny przykład – tym razem mechanik – naprawde porządny gość znający sie na rzeczy, posiadający określona renomę w okolicy – za nic w świecie nie rusza francuskich aut – dlaczego nie pytałem, ale coś w tym musi być.
I na zakończenie jeszcze jedno – przyznam że nie czytałem wszystch komentarzy i nie wiem czy to już było poruszane – Tylik ostatnia almera to Francuz heh – ona ma już 10 lat. :) Pozdr.
Autka na „f” powiadacie.
Mój związek z samochodami na „f” zaczął się w 1986 r. od zakupu nowego FSO 1500 ME (silnik tzw. polonezowski,jakby nie było 82 KM, skrzynia 5-cio biegowa, welur itp.). 6 lat eksploatacji, osiemdziesiąt kilka tyś. km i… nic. Oczywiście poza sprawami eksploatacyjnymi.
Następnym samochodem z tych na „f” było Renault 5 GTL (1984 r.,1,4l B+G, 72 KM), kupiony w 2000 r.). Ależ to był fajny samochodzik! Silnik zdrowy jak przysłowiowy dzwon (a ile miał przebiegu to tylko „on” wiedział, na liczniku w okolicach 300 tyś. km było), z blachą gorzej (ale co miało dziury to zostało wymienione). Nie zawiódł mnie nigdy. A żywota w moich rękach dokonał na Fordzie Sierra, który wymusił pierszeństwo. Wiem, że po dużej reanimacji jeździ po dziś dzień.
Po „reni” trafił się następny z tych na „f” – tym razem Peugeot 605 SLi (1992 r., 2,0l B+G, 121 KM, z przebiegiem znanym tylko sobie, ale w chwili zakupu szacuję „na oko” min. 400 tyś. km, kupiony w 2004 r.). Przez pierwsze 2 lata nic, później prawie wszystko (w tym akurat to blacha była zdrowa jak dzwon) po kolei: 2 razy uszczelka pod głowicą, przekładnia kierownicza, łączników stabilizatora nie jestem w stanie zliczyć, amortyzatory, rozrusznik, alternator itd. Największym felerem były jednak… kluczyki! Peugeot wymyślił takie „typowe” w kształcie krzyżyka, z tym, że w pewnym miejscu, na długości przewężonego do granic rozsądku i właśnie w tym miejscu się łamały. W chwili sprzedaży w obydwu zamkach w drzwiach „siedziało” po połowie kluczyka, tak samo w stacyjce. Śmiesznie to wyglądało jak z połówką kluczyka się do niego podchodziło, otwierało i odpalało. Ale komfort jazdy i przestronność wynagradzały wszystkie minusy. Także mam info, że jeździ do dzisiaj.
Po 605-tce nadal zostałem przy samochodach na „f”. Tym razem nawet trafiło się podwójne „f”: Ford Focus (2003 r., 1,8 TDCi, 100 KM, przy zakupie – w 2007 r. – 80 tyś. km, obecnie 151 tyś. km). No i w tym przypadku złego słowa nie wypowiem. Jedynie łącznik tylnego stabilizatora wymieniony (nie liczę rzeczy eksploatacyjnych). Komfort i przestronność co prawda nie takie jak w 605 – poza bagażnikiem: 497l (no może ze 400l bo butla – 80l – na gaz trochę zabrała) w 605-tce i 520l w Focusie (no bo kombi)no ale to nie ta klasa i wielkość. Ale za to prowadzenie w Focusie… no nie, nie ma sensu porównywać z tym z 605. O lata świetlne lepsza.
Oczywiście samochody na „f” nie były jedynymi w moim „motoryzacyjnym życiu”.
W przerwach pomiędzy tymi na „f” były także:
- Łada 2105 (1986 r., 1,2l, 54 KM). Za krótko ją miałem by coś „padło”, ale dachowanie zaliczyłem. Nie wiem co się z nią po sprzedaniu działo czy dzieje.
- Opel Ascona 2,0i (1988 r., 2,0l, 115 KM), kupiony z przebiegiem niecałych 100 tyś. km a sprzedany przy prawie 300 tyś. km – jeździ do dzisiaj, w dodatku nowy właściciel go zagazował. Z napraw gdy był w moich rękach to była wymiana przegubu i chyba 3-krotnie przekaźnik pompy paliwa. No i trochę blachy, szczególnie tył (no ale akurat tam był rozbity),
oraz
- VW Polo (1992 r., 1,05l, 45 KM, kupiony z niecałymi 70-cioma tyś. km a sprzedany z niecałą setką). No i za VW najszybciej przestałem tęsknić. Oj ten to dał „popalić”! Począwszy od dwukrotnej, cholernie drogiej naprawy w ASO skrzyni biegów, poprzez zawieszenie, osprzęt silnika – w tym aparat zapłonowy, który kilkukrotnie był wymieniany (aż w końcu nie mogłem kupić takiego od 1,05 i założyłem od 1,3 i… skończyły się z nim kłopoty) – a skończywszy na opadających szybach w drzwiach (mechanizm opuszczania wyglądał na w pełni sprawny).
Aha, byłbym zapomniał. Od roku żona także używa autka na „f” – Ford Ka (1999 r., 1,3l, obecny przebieg: 120 tyś.km). No i poza tradycyjną wymianą blachy w okolicach wlewu paliwa nic z tym autkiem się nie dzieje. A podobno to najbardziej awaryjne auto w wieku lat 11.
Tak więc w moich „związkach” z samochodami na „f” mimo wszystko było i jest dużo więcej plusów jak minusów i zgodzę się z teorią, że większość negatywnych opinii na ich temat wygłaszają osoby, które nigdy nie miały z nimi bliższego kontaktu. To po pierwsze. A po drugie nie mam nic naprzeciwko innym samochodom, czy będą to jakieś niemce,japońce czy inne koreańce. Każdy jeździ tym co lubi lub na co go stać. A jak jeździ? Tak jak dba!!!
Pozdr.
Cóż, ja się niestety zraziłam skutecznie do aut na F i nie polecam:P Nawet z mechanikiem żartowaliśmy ostatnio, że moje auto się całkiem nieźle ostatnio spisywało, wszak cały miesiąc nic nie trzeba było naprawiać;P
Nie ma co ukrywać, wolałabym Japońca… :P
Bardzo lubię Twój blog, świetnie piszesz! No i co najważniejsze, dużo się z Twojego bloga dowiedziałam – dzięki! :)
@Bartek – musze sie w sporej czesci zgodzic odnośnie Koreańców. Taka np. Kia dzięki Ceedowi czy Vendze pokazuje, ze naprawde potrafi się uczyc. I za jakis czas Kia moze nawet bedzie tak popularna jak starzy wyjadacze typu VW czy Opel
@WhiteLightning – heh, pewnie do Mondeo (jak wiadomo z plastikowym kolektorem ssącym, bo wszystkie benzyniaki taki miały) jakis fachman założył podciśnieniówkę ze śruba regulacyjną (zamiast z gazowym silniczkiem krokowym) + oczywiście obleśne “gwizdki”, ktore w razie czego mają sie ptworzyc i wypuścić energię powstałą w razie strzału gazu. Taaaaa… taki amatorski zestaw w połączeniu z rownie amatorskim montażem nie może dobrze pracować :/
A wygoda, pojemnosc i bezpieczenstwo w Seiciuaku faktycznie żadne
A tak to widzę, ze generalnie wszyscy (z wyjątkiem np. Uli) mają pozytywne doświadczenia z eFkami. No i dobrze, bo “jak dbasz jak masz”
@Ula – a jaką dokładnie eFką Ty jeździsz?
Nie opłaca się kupować używanych niemieckich aut. Trafienie na dobrze utrzymany egzemplarz graniczy z cudem. Większość to reanimowane wraki, składane z trzech i odpicowane. Okazje po prostu nie istnieją. Moi znajomi mają OPLA, którego kupili w salonie w 1996 roku i zrobili nim 74 tysiące km (!). Mają już dwa inne samochody, ale nie chcą go sprzedawać, bo im go szkoda – stracił dużo na wartości, a trzyma się świetnie.
Tu musze przyznac racje – trafienie na zadbany egzemplarz niemieckiego auta (z wyłączeniem Forda, bo on wchodzi w grupę “F”) naprawde moze byc trudne i naprawde moze byc łatwiej trafić na eFke w dobrym stanie
W tym temacie mogę coś powiedzieć: miałem:
1) forda escorta mk.6 z silnikiem 1.3. Autko z Niemiec, w miarę zadbane, silnik szału nie robił ale pchał do przodu. Jak go kupowałem chodził jak diesel, po 90 tys. (na LPG) chodził tak samo. ;-) Przez 5 lat zrobiłem: hamulce przód-tył, alternator-regeneracja, cewka rozrusznika (2x), łożyska tył(2x)i …to wszystko. Z awarii to raz zwarcie z w aparacie zapłonowym, przepalony kabel od rozrusznika, przelutowanie styków komputera (zimne luty) i wymiana pompy paliwa i baku-ale to wina gówna które kiedyś zatankowałem.
Autem jeździłem dużo, do berlina i z powrotem, czasem, 2-3 tys km w weekend.
W tym samym czasie koleś kupił golfa 3, rok młodszy i … auto więcej stało jak jeździło. Kupił go za 7 tys, włożył 3 tys i sprzedał za 4 po roku, czyli 6 tys. wtopy!!!
2) obecnie laguna 1 FL kombi i poza wymianą przegubu (stukał jak go kupowałem) tylko eksploatacja. Ale według Dekry auto byłoby nie sprawne bo… nie działa wycieraczka tył (nie chce mi się robić). Dodam że jak szukałem auta to astry kombi były od 13 tys. a górę a te laguny stoją od 9 tys. a wyposażenie z innej epoki-4xpp, klimatronic, grzana przednia szyba itp.
Więc dla mnie “F” to stereotyp, wszystko zależy od stanu auta.
Pytanie natomiast, dlaczego tworzyć tylko grupę “Auta na F”? A w czym Ford jest niby gorszy od Opla? Ta ostatnia marka też nie grzeszy bezawaryjnością, a pod względem jakości wykonania, komfortu, osiągów, ceny idą praktycznie łeb w łeb. Fiesta vs Corsa, Astra vs Focus, Mondeo vs Vectra etc. Jaka to właściwie wielka różnica? Zdaje się nawet, że w ostatnich statystykach DEKRY Fordy wypadły nieco lepiej. Za to silniki Opla wydawały się być – jak porównało się te same warianty pojemnościowe z Fordem – bardziej oszczędne, choć nie zawsze dynamiczniejsze.
Zaskakujące może być jednak to, że Opli w Polsce jest dużo więcej. O wiele częściej można spotkać Corsę niż Fiestę, Vectrę niż Mondeo, Astrę niż Focusa. W końcu Opel ma zakład w Gliwicach.
Bo ludzie maja dziwne przekonania i wierza wielu ludowym opowiadaniom. Niestety zawsze w kazdej bajce jest ziarenko prawd i tak o ile Laguna I jest samochodem ktory da sie w normalny sposob eksploatowac o tyle Laguna II jest wielka niewiadoma i nigdy nie mozna przewidziec kiedy i co odmowi nam posluszenstwa.
Ale wiele zalezy od wlsciciela i jego podejscia do samochodu.
@axx1 – zgadzam się z tym stereotypem odnośnie aut na F. Ja jednak… cóż… nie bede Cie okłamywać. Gdybym miał kupic jutro jakieś auto, to nawet bym nie myślał o Francuskich ani o Fiacie. Pomyślałbym ewentualnie o Fordzie.
@Raf-1 – wysoka popularność uzywanych Opli spowodowana jest m.in. tym, ze w latach 90-tych montowano w nich proste silniki benzynowe (OHC, 8V, monowtrysk, metalowy kolektor ssący), ktore do dzisiaj mają opinię “stworzonych do pracy na gazie”. Fordy w połowie lat 90-tych miały juz plastikowe kolektory, wielopunktowy wtrysk, od 1998 roku słynną ceramikę itd i z gazem fordowskie silniki pracują tak średnio. I skoro ktoś miał w planach zalozenie gazu wolał kupić Opla.
@slawek11 – popieram – wiele zalezy od podejscia właściciela, ale z drugiej strony, jeśli takie samo podejście do serwisu itd mieliby właściciele powiedzmy Laguny i Cariny to Toyota byłaby jednak lepszym wyborem. W końcu to “Japan” i tu sie chyba każdy ze mna zgodzi
pzdr
Witam,
w moim dumu mieliśmy dwa francuzy a teraz mam 3.
1. Peugeot 405 1.8 SDR Turbo- silnik diesla z turbiną i intercoolerem. W chwili kupna miał ok 120 tys a w chwili sprzedaży ok 480-500 tys. Do auta było zero dokładania. Jedynie podstawowe rzeczy. Auto miało dwie wady: klocki hamulcowe ktore padały po ok 10 tys i łożyska w tylnej belce – ok 75 tys. Z poważnych napraw to jedynie wymiana tarczy sprzęgła bo pierscień sie ukruszyl. Poza tym auto idealne, dobry komfort i prowadzenie. Potem został sprzefany i nie wiem co się z nim działo.
2. Renault Espace 2,2 benzyna z gazem założonym od nowości. Swoj żywot skonczył z pożarem silnika. Auto miało ok 470 tys. (padła elektryka), raz robiona głowica i tyle. Auto też miało problem z elektryka i czasami odmawiało posługi ale poza tym ok. Można mu to było wybaczyc za to jaki byl i za frajde jaką dawał z jazdy.
Witam.
Stereotypy o Francuzach powstały w latach 80-tych lub jeszcze wcześniej.Inni budowali wtedy proste konstrukcyjnie auta ale za to wytrzymałe, a francuzi kombinowali z techniką co odbijało się na jakości (np. cytrynki cx czy bx nie dość że hydropneumatyka to jeszcze wahacze na rozsypujących się łożyskach).W latach 90-tych f-ki psuły się bardziej, gdyż konkurencja wypuszczała golasy, a f-ki miały “ful wypas” i siadały extrasy (np. toyota starletka -auto niezawodne ale jak mówili fachowcy tam nie miało się co psuć, bo poza silnikiem nic nie było).Obecnie wszystkie auta się psują, bo pełno jest elektroniki a ona jest najbardziej zawodna , ewentualnie pada osprzęt diesli z c.r. Jestem stałym czytelnikiem Auto Świata.Proszę sprawdzić raking niezawodności aut testowanych na 100 tys km.Tak wychwalane VW okupują ostatnie miejsca (poza Tiguanem), w Mercedesach CDI padają wtryskiwacze po 40 tys. i nic nie potrafią z tym zrobić (ASO wymienia na gwarancji i modli się żeby ta się jak najszybciej skończyła).Za to diesle francuskie i włoskie uważane są za najlepsze i najmniej awaryjne.
Ja aktualnie mam 2 auta na F -Focus i Berlingo.
I nie mogę powiedzieć złego słowa o tych autach.Wcześniej miałem Sierre i mimo ,że miała przy sprzedaży 24 lata i 400 tys przelotu to holowałem nią do mechanika parę razy 6 letniego seata mojego brata (scierka nigdy nie stanęła na drodze).A żeby było śmieszniej w seacie psuły się rzeczy sygnowane znaczkiem VW (aparat zapłonowy, linka sprzęgła,skrzynia biegów).
Reasumując uważam, że nie warto wierzyć stereotypom .Jak pisali poprzednicy, najistotniejszy jest stan auta (ja wolałbym np. mondeo od passata bo za tą samą kwotę można kupić mondka o 2 lata młodszego i w lepszym stanie).
Na pewnym wykładzie profesor zadał studentom pytanie zupełnie nie związane z tematem. Zapytał bowiem czy są jacyś specjaliści od samochodów (głupie pytanie, przecież każdy facet to specjalista od aut ;). Zgłosiło się kilka osób po czym padło kolejne pytanie – jakie auta są najlepsze i padają typowo tendencyjne kwestie – japońce, Niemcy. A to wszystko w obecnych realiach jest zupełną bzdurą. Bowiem ów profesor eksploatował już chyba 8 lub więcej lat Nissana Maxim i miał o tym aucie najlepsze zdanie. Niestety idąc obecnie do salonu Nissana profesor byłby bardzo rozczarowany gdyby dowiedział się, że ów “japoniec” powstał w Europie najprawdopodobniej z komponentów Renault… . Z drugiej strony mamy alians Peugeot, Citroen Toyota, który w Europie ma nawet wspólne fabryki. Więc pytam które auto z tej samej taśmy będzie lepsze – zrobiona w Czechach Toyota czy zrobiony w tej samej fabryce Citroen? Innym przykładem jest również Volvo. Otóż wersje od 60 wzwyż powstają w Szwecji, jednak modele S40 i V40, później V50 powstają w dawnych holenderskich zakładach DAF, gdzie w kooperacji z Mitsubishi są klepane zarówno Volvo jak i Mitsubishi. Co ciekawe S i V40 były składane z części jak leci czyli trafiały się Mitsubishi, trafiały Renault i co ciekawsze największe problemy sprawiają auta z częściami Renault. Nawet sąsiad ćwiczył jedno V40 z komponentami Renault i ostatecznie go sprzedał. Po co o tym piszę? Ponieważ wobec obecnego poziomu globalizacji operowanie stereotypami jak auta na F czy krajami głównej siedziby jest niesamowicie błędne i nie gwarantujące niczego. Osobiście preferują auta z koncernu VW ale sam wiem, że najważniejszy jest stan techniczny pojazdu, dlatego rezygnując z wraków po zakupie nie mam niespodzianek. Jednak mimo tego miałem do czynienia z wieloma autami na F czy to jako auto służbowe, czy też poprzez znajomych lub rodzinę. Może zacznę od samochodów KIA/Hyundai. Wiem, że nie są to auta na F ale właśnie dzięki autom na F Wujek kupił salonową Shumę i po 8 latach bezawaryjnej jazdy poszedł do salonu i kupił Ceeda którym również bezawaryjnie jeździ już trzy lata. A sam pamiętam jak śmiałem się z jego wyboru, bo za te same pieniądze kupiłby wówczas owiane obecnie złą sławą Volvo S40… . Natomiast wracając do aut na F to zastanawiam się dlaczego Ford znajduje się na tej liście – wszak europejski Ford to również Niemiecka marka o czym większość zapomina! Forda generalnie porównuję z Oplem, bo mniej więcej są to marki mniej więcej na podobnym poziomie. Przy czym z praktyki Fordy lepiej oceniam za jakość silników i zawieszenia, natomiast Ople za lepszą blachę. Odnośnie samochodów francuskich, to osobiście najlepsze zdanie mam o Citroenach i koncernowo równych Peugotach. Zwłaszcza silniki HDI (w praktyce ujeżdżałem ;) są na medal i o niebo prześcigają legendarne TDI z VW – tak jako miłośnik i użytkownik marki VW z bólem się do tego przyznaję. Nieco gorszą opinię mam o Renault lecz w praktyce miałem niewiele doświadczenia bezpośrednio z tymi autami, ale jakość komponentów Renault w Vovlo S40 mnie osobiście przeraziła. Na samym końcu F uplasowałbym Fiata. Niestety to właśnie jakość Fiata i jego oficjalnych serwisów pchnęła Wujka w ramiona marki KIA, której stał się wiernym użytkownikiem. Wujek miał Uno, Tipo i na samym końcu Brawę – wszystko salonowe nówki i serwisowane u oficjalnego dealera. Unok i Tipo były eksploatowane przez 3 lata i z małym przebiegiem nie sprawiały problemów. Niestety Brava to była całkowita porażka poszczególne elementy wnętrza odpadały, zdarzały się awarie a całą historię zakończyło zerwanie paska przy zaledwie 63 tysiącach km (podobnie było w aucie innego znajomego). Oczywiście sprawa zakończyła się w sądzie, gdzie sąd nakazał naprawę silnika na koszt serwisu… . Jednak najlepszym wydarzeniem związanym z ową Bravą była historia na niemieckiej granicy, gdzie pogranicznicy po sprawdzeniu VIN (tak mowa o bardzo dawnych dzikich czasach) otrzymali dane, iż samochód ten miał mieć kolor czarny a jest czerwony… . Szczęśliwie Wujek znał niemiecki perfekt i obeszło się bez większych problemów, jednak ta sprawa definitywnie zakończyła współpracę z włoską technologią i biurokracją. I na zakończenie jeszcze jeden niuans – nie mylić samochodów produkowanych we Włoszech z tymi robionymi w Polsce. Bowiem jak się okazuje te robione w Polsce mają znacznie wyższą jakość i bez problemów można je plasować w czołówce.
@Jacek – no i dobrze, ze wszystko dobrze chodziło… no… dobrze aż do czasu tego pożaru w Espace :/
@Jaro74 – no tak – trzeba się zgodzic, ze w tym stwierdzeniu odnośnie lat 80-tych jest naprawdę dużo prawdy
@Richard – bardzo dobre było stwierdzenie tego wykładowcy. Tyle, że… generalne odnosi się ono do akutualnie produkowanych aut lub ew. produkowanych od kilku lat
W połowie i pod koniec lat 90-tych nie było jeszcze takich wielkich mariaży producentów, jakie mamy obecnie. Tak, było małżeństwo m.in. Mitsu produkującej Carismę w Holandii czy VW z Fordem, ktorzy razem przez jakis czas produkowali Sharana, Alhambrę i Galaxy, ale generalnie to to jednak auta na F i “nie na F” były osobno (bo przecież np. koncern PSA czyli Citroen i Peugeot to i tak “eFki”)
I kupując np. auto kompaktowe z końca lat 90-tych i majac do wyboru m.in. Golfa, Civica, Bravę i Megane jakoś by mnie nie ciągnęło do włoskiej i francuskiej myśli technicznej
pzdr
@tylik, profesor pytał jako amator, te wnioski w komentarzu są mojej myśli :) Tak nawiasem przypomniałem sobie dlaczego nie przepadam za Renault. Otóż znajomy miał kiedyś Rovera 45, który okazał się być Hondą Civic z innym przodem i tyłem oraz znacznie lepszymi materiałami wnętrza. Pomijając fakt montażu na tej samej linii co Honda ów Rover miał skrzynię biegów Renault – wiadomo, bo też padła. Odnośnie Sharana, Alhambry i Galaxy – to był krótki mariaż, później z powodów niskiej jakości montażu przez zakłady forda koncern VW przeniósł produkcję do zakładów Seata, co poprawiło nieco jakość. Warto też wspomnieć o wspólnym projekcie Fiata i Forda wytwarzanym w Tychach czyli Fiat 500 i Ford Ka, gdzie współpraca może się rozszerzyć o “prawdziwego japońca” czyli Mazdę 1 ;) Można by też zapytać co sądzicie o “japońskich” silnikach Diesela Toyoty, które (na tyle na ile mi wiadomo) wszystkie powstają w podwrocławskich zakładach koncernu… . Obecnie trzeba bardzo mocno patrzeć nie tyle na kraj produkcji, co na zastosowane komponenty, bo nawet w jednorodnych koncernach zdarzają się “wynalazki” których lepiej unikać, a które na rynku wtórnym w Polsce z racji niskiej ceny są najpowszechniejsze. Najlepszy przykład to Audi z silnikiem 2,5 TDi i skrzynią multitronic. Nie dość, że sam silnik jest zaprzeczeniem sensowności Diesela i pali jak benzynówka to jeszcze te wady fabryczne. To w zestawieniu z awaryjną skrzynią multitronic może nas kosztować 10-20 tysięcy bez gwarancji, że po remoncie pojedzie lepiej.
tylik, właśnie doczytałem ze zrozumieniem twój komentarz. Niestety muszę Ciebie zmartwić, tych mariaży w latach 1990-tych, zwłaszcza w drugiej połowie było więcej. Opisywane w pierwszym poście Volvo V40 z silnikiem diesela Renault i skrzynią Renault powstało w 1998 roku, opisywany Rover/Honda ze skrzynią Renault był z 1997 roku. Generalnie lata 90-te to powolny upadek tradycyjnej motoryzacji. Koncerny szukały oszczędności na różny sposób – poprzez gorszą blachę, gorszą ochronę korozyjną, czy też poprzez wstawianie komponentów od innych producentów. Kolejnym krokiem było nawiązywanie aliansów, czy też przejmowanie innych marek. W ten sposób powstały obecne alianse Peugeot, Citroen Toyota, czy też Renault i Nissan, choć niektóre koncerny zawczasu zrezygnowały z takiej współpracy. W efekcie tego mniej więcej od roku 2000 ciężko jest mówić o jakiejś różnicy między “francuskim” Renault, czy też “japońskim” Nissanem. Toyota zachowuje większą niezależność aczkolwiek ostatnie wydarzenia wskazują iż jakość tego producenta w pewnym stopniu też się zeFowała. Z drugiej strony mamy koncern VW, który po nieudanej współpracy z Fordem przyjął kurs na niezależność i można mówić iż przyjął strategię jakościową. W zasadzie od Golfa IV masowo zaczęto stosować ocynk, co naprawdę daje świetną ochronę karoserii (sprawdziłem w praktyce). Niestety odnośnie komponentów trzeba wybierać starsze acz sprawdzone rozwiązania, co zapewni większy spokój w eksploatacji. Pytaniem otwartym jest jak oceniać marki “szwedzkie”, które niedawno sprzedano. Saab od lat korzysta z podzespołów Opla/GM, natomiast Volvo z Forda. Czy wobec tego Volvo też nie powinno należeć do eFek? Mój sąsiad ćwiczący owe V40 jest tego zdania, ja decyzję uzależniam od konkretnego modelu i jego komponentów i w zasadzie tak powinniśmy oceniać auta po roku 2000.
Sorki że trzeci komentarz pod spodem ale coś dziś rozkojarzony byłem. Tylik, piszesz o kupowaniu auta z końcówki lat 90-tych, tylko jest pewien zasadniczy problem, bo jeżeli stać nas na auto “niemieckie” z tego okresu, to za te same pieniądze kupimy już auto na F wyprodukowane po roku 2000. Więc faktycznie możemy już kupić auto “francuskie” złożone na tej samej linii co “japońskie”.
W mojej firmie “matce” jeździ w sumie ok 30 aut.I co ciekawe obecnie są to same “francuzy”. Początkowo podrzędni pracownicy i przedstawiciele mieli Lanosy.Spisywały się bardzo dobrze (większość miała przebiegi rzędu 250-300 tys i to na lpg i dopiero szła do “żyda”).Teraz jeżdżą renówki clio, kangury, meganki oraz kilka berlingo (zrezygnowali jednak z citroenów ze względu na kiepski serwis).Jak wiadomo firmowe auta mają ciężkie życie-ostatnio był u mnie przedstawiciel berlingiem, termin przeglądu przekroczony o 1000 km komunikat o małej ilości oleju, ale dopóki jeździ to czym się przejmować.
Dla kadry kierowniczej firma postanowiła kupić “lepsze” auta.Wybór padł na skodę octawię.No i niestety szybko wycofano się z tego pomysłu-auta stały więcej w serwisie niż jeździły.
A efki dalej wiernie służą (nawet z małą ilością oleju).
@Richard – no tak, tu się muszę z Tobą w całoście zgodzić: generalnie lata 90-te to powolny upadek tradycyjnej motoryzacji. Koncerny szukały oszczędności na różny sposób.
Za te same pieniądze można mieć “Niemca” z koncówki lat 90-tych lub “Francuza” z początku nowego wieku – no tak, ale taki np. Peugeot 307 czy Megane II (od roku 2002) i tak mnie do siebie nie przekonują i naprawdę wolałbym kupić nieco nawet starszą Astrę czy Golfa niż jednego z tych Francuzów
Ech… to jest bardzo szeroki temat…
@Jaro74 – heh, zależy z jakimi silnikami były te Octavie – jeśli z owianymi już złą sławą 2.0 TDI to nie ma się co dziwić
@tylik, szczerze, to mając takie opcje też wybrałbym “niemca” ;) Aczkolwiek byłaby to tylko moja subiektywna decyzja. Jednak mimo tego upewniłbym się, że w aucie jest sprawdzona technologia. Z takich ciekawostek z lat 1990-tych. Chrysler Stratus produkowany w USA na Europę miał silniki 2.0 Mitsubishi ;) W późniejszych modelach stosowali już technologię Mercedesa, a za niedługo pojawią się pierwsze Chryslery z technologią Fiata ;)
A z innych ciekawostek to powiem, że taki np. Chrysler Crossfire (skoro juz zacząłeś o Chryslerze) to w 39% Mercedes SLK (wspominałes o Mercedesie). Crossfire dostał od Niemca m.in. zawieszenie i zespół napędowy (silnik 3.2 V6 czy aut. skrzynię biegów) i od samego początku produkowany był w Niemczech.
I teraz pytanie: Czy ten Chrysler nadal jest Amerykański? hmmmmmmmmm :D
Idąc dalej Chrysler 300C oraz Dodge Magnum to podwozie włącznie z silnikami Mercedesa E, tylko obudowa inna. No ale to jest już okres istnienia koncernu Diamler-Chrysler. Natomiast wracając do eFek, rok temu byłem na wczasach w Tunezji i miałem możliwość poznać tamtejszą motoryzację z punktu widzenia pasażera taksówki. Przykładowo jechałem w Renault Megane pierwszej generacji w benzynie przebieg 450 tysięcy, stan sugerował bliską kapitalkę. Drugim przykładem był Renault Kangoo diesel z przebiegiem 900 tysięcy i jeszcze dosyć dziarsko chodził. Oczywiście nie wiem ile remontów po drodze było ale niejeden Polak powiedziałby, że Renault nie osiągnie takich przebiegów ;)
Skomentuj wpis