Dzisiejszy wpis traktuję jako rozwinięcie tematu, o którym w komentarzach do jednego z poprzednich wpisów wspominał Hekek. Miałem napisać coś o topielcach? Proszę bardzo – napisałem. Z resztą czemu nie, przecież to obecnie wątek na czasie.

Na początku trzeba pamiętać, że tak samo jak istnieją Bezwypadkowe i… Bezwypadkowe czy Kupujący i… Kupujący, tak samo istnieją „topielce”… i „topielce”.

Jeśli auto zostało tylko podlane, tak jak Civic, którego widać powyżej, to jeszcze powiedzmy, że jest pół biedy. Gorzej sytuacja będzie się prezentować, jeśli auto było podlane w „nieco” mocniejszy, taki jak ten sposób:

Woda w kabinie pasażerskiej, pod maską i wewnątrz samego silnika oznacza już w zasadzie tylko jedno – śmierć dla auta. Są jednak osoby, które dla szeroko pojętej chęci zysku wrzucą kupionego za grosze topielca na lawetę i w przytulnym garażu rozpoczną proces uzdatniania.

Wszystko zależy od stopnia (wysokości) zalania, czasu, jaki auto stało w wodzie i w końcu od tego, jakie auto zostało zalane. Golfy III, Astry F i inne starsze auta mają prostą konstrukcję, ale i także niską wartość rynkową i w trakcie ich odbudowy może się okazać, że koszt naprawy zrówna się lub nawet przewyższy wartość auta przed zatopieniem.

Ten problem teoretycznie odpada w przypadku młodych i droższych aut, ale one mają z kolei rozbudowaną elektronikę, której zazwyczaj nie da się naprawić. Czujniki, przełączniki, siłowniki, elektroniczne moduły, airbagi – praktycznie zawsze jedynym ratunkiem jest wymiana zalanych elementów. Wymiana, której łączny koszt może wydać się wręcz przerażający.

Jak już jednak napisałem – są osoby, które dla szeroko pojętej chęci zysku wrzucą takiego topielca na lawetę i w przytulnym garażu rozpoczną proces uzdatniania.

Jak się przez tym bronić?

1. Sprawdźmy złącza elektryczne pod maską oraz w kabinie (ukryte pod plastikowymi osłonami) i szukajmy zaśniedziałych końcówek i rdzawego nalotu. Pod maską szukajmy jeszcze śladów brudnej wody i różnych małych plamek, których nie dało się skutecznie usunąć

2. Sprawdźmy działanie wszystkich elektrycznych instrumentów: lusterka, włączniki świateł, klakson, wycieraczki, regulacja nawiewu, radio itd. Skrzypienie podczas pracy wycieraczek czy elektrycznych lusterek będą najprawdopodobniej świadczyły o dostaniu się drobinek piasku do silniczków elektrycznych

3. Odegnijmy wykładzinę przy progach i w bagażniku, wyjmijmy koło zapasowe i szukajmy choćby maleńkich drobinek piasku. Poszukajmy także na tapicerce i plastikach słabo widocznych śladów po zaciekach

4. Należy się spodziewać, że raczej nie wyczuje się zapachu stęchlizny czy wilgoci w kabinie, bo oznaczałoby to pojawienie się konkretnych podejrzeń odnośnie powodziowej przeszłości (no chyba, że kupujący uwierzyłby w historię o np. rozlanym kilka dni temu w aucie mleku). Jednocześnie trzeba uważać na mocny i trwale utrzymujący się zapach odświeżaczy powietrza, bo może ma on właśnie zagłuszyć smród wilgoci

5. Szukajmy na lakierze słabo widocznych śladów po linii wody, punktowych zadrapań i wgnieceń (powstałych od m.in. kamyków płynących w wodzie i uderzających o nadwozie) oraz małych pęcherzyków korozji w miejscach, w których normalnie one nie występują

6. Jeśli na aucie jest nowy lakier a miernik grubości lakieru mówić będzie o miejscach z punktowo położoną szpachlą, to najprawdopodobniej będzie to świadczyło o chęci zamaskowania uszkodzeń, o których była mowa w poprzednim punkcie

7. Koniecznie trzeba obejrzeć auto od spodu i poszukać śladów świadczących o powodziowej przeszłości

8. Należy zwrócić uwagę na pracę silnika i mieć świadomość, w jakim on może być stanie – jeśli ktoś próbował uruchomić silnik, w którego np. kanale dolotowym czy filtrze powietrza znajdowało się choć trochę brudnej wody to istnieje ogromna szansa, że uszkodzeniu uległy panewki (i w trakcie oględzin trzeba posłuchać czy nie hałasują), pierścienie tłokowe czy gładź cylindra, co jak wiadomo, na ogólną żywotność silnika zbyt dobrze wpływać nie będzie.

Jeśli podejrzewamy, że auto mogło być w przeszłości zalane, to naprawdę najbezpieczniej będzie poszukać innej „okazji”. Dlaczego? To proste.

Przede wszystkim dlatego, że nie wiadomo, w jaki sposób auto zostało wysuszone i w jakim stopniu tak naprawdę jest gotowe do jazdy. Jeśli od razu po ustąpieniu wysokiej wody auto dostało się w dobre ręce i silnik, skrzynia biegów i wszystkie inne zamoczone elementy zostały wyczyszczone (lub wymienione na nowe/używane w dobrym stanie – w zależności o jakich elementach mowa) i zakonserwowane to całe nie powinno sprawiać jakiś szczególnych problemów.

Ale jeśli po ustąpieniu wody, nikt nie myślał o jakimkolwiek zabezpieczeniu blachy, to należy się spodziewać, że po kilku miesiącach zaczną pojawiać się na niej ogniska rdzy – początkowo w miejscach, które zostały uszkodzone przez wspominane już, płynące w wodzie kamyczki i inne większe zanieczyszczenia. Pobieżnie wysuszone i obficie potraktowane odświeżaczami wnętrze też po kilku (2 czy 3) miesiącach nie będzie wyglądało zachęcająco – gąbka siedzeń oraz „ogólna tapicerka” auta zacznie się kruszyć i jest spora szansa, że zacznie pojawiać się smród zgnilizny, który wydobywać się będzie z nie do końca wysuszonych np. mat wygłuszających.

Idąc dalej: usuniecie wilgoci z elektryki jest generalnie skomplikowane i czasochłonne, a czasem nawet nie do końca możliwe i po jakimś czasie od zakupu topielca mogą się zacząć spore problemy z instalacją elektryczną i elektroniczną – zaśniedziałe złącza i dziwne usterki różnych urządzeń elektrycznych, będące m.in. wynikiem braku styku na połączeniach będą zapowiedzią, że w przyszłości możemy spodziewać się jeszcze większych niespodzianek. Spodziewać się też należy różnego rodzaju usterek spowodowanych wymyciem smarów, uszkodzeniem uszczelek, przegubów czy łożysk.

 

Czy więc warto ryzykować zakup potencjalnego topielca? Moim zdaniem nie, ale jeśli nadal ktoś będzie zainteresowany zakupem takiego auta, bo cena będzie „okazyjna” i będzie liczył, że auto nie było jednak zalane, to niech lepiej dla własnego dobra uprze się i niech żąda wpisania na umowie kupna – sprzedaży adnotacji, że auto nie było ani lekko podtopione ani tym bardziej mocno zalane. Zawsze będzie to jakaś podkładka, dająca szansę na zwrot auta, ale pamiętać też trzeba, że sprzedawca zbyt chętnie auto padliny nie przyjmie. A wtedy pozostanie droga sadowa, za którą nikt chyba nie przepada.

A w sytuacji, gdy sprzedawca poinformował o przygodzie z wodą, to przed zakupem powinno się pamiętać o przysłowiu mówiącym, że skąpiec traci dwa razy i… przemyśleć swoją decyzję jeszcze raz…