Zrobiło mi się jej żal. Na początku stała przede mną z szerokim uśmiechem i ufnie zapytała co sądzę o jej dziewięcioletnim Nissanie Almera, którego kupiła nie tak dawno temu. Zacząłem więc mówić o wypadkowej przeszłości, o naprawie robionej po możliwie najniższym koszcie, mówiłem o prawdopodobieństwie, że w kierownicy zamiast poduszki powietrznej siedzi atrapa. Streściłem co się może stać, jeśli tak naprawione auto będzie uczestniczyło ponownie w wypadku, powiedziałem jej o oponach nadających się tylko do możliwie szybkiej wymiany i o braku tak ogromnie przecież ważnego filtra powietrza…

Ja mówiłem, a ona stała i słuchała. Zauważyłem, że jej uśmiech robił się coraz mniejszy, aż w końcu całkowicie schował się w zamkniętych kącikach ust. Po chwili zaczęły podnosić się jej brwi i jej oczy wydawały się mówić: Naprawdę?

Zrobiło mi się jej żal…

W ciągu kilka chwil dziewczyna dowiedziała się, że jej piękna Almera, która miała być dopiero co serwisowana i z którą wszystko miało być w porządku tak naprawdę jest reanimowanym trupem.

Zapytałem się, gdzie kupiła to auto i dlaczego nic mi nie powiedziała, że jedzie je kupić. Usłyszałem, że nie zdawała sobie sprawy, że zakup auta może być aż tak poważną sprawą i że zaufała po prostu sprzedawcy, któremu dobrze patrzyło z oczu.

– Jacek – pomyślałem. Przecież sam z nim wcześniej rozmawiałem i pamiętałem, że potrafił on mówić to, co chce usłyszeć potencjalny kupiec.

Ale po chwili dowiedziałem się, że Almera nie była wystawiona w komisie – królestwie handlarza z Polski, tylko przy małym warsztacie i to w innym, oddalonym o 30 kilometrów od „królestwa” mieście, a sprzedawcą był około pięćdziesięcioletni Irlandczyk. Na początku mnie to zdezorientowało, ale po chwili przypomniałem sobie, że sam przecież kilka miesięcy temu oglądałem Forda Focusa, którego Jacek wystawił na terenie zaprzyjaźnionej stacji benzynowej. Informacja, że Irlandczyk jest tylko pośrednikiem i że miejsce z którego pochodzi auto jest bliżej nieokreślone („pochodzi od znajomego”) spowodowała, że byłem już praktycznie przekonany, że Jacek dzięki pośrednikowi sprzedał kolejne auto.

Minęło kilka dni i nowy filtr powietrza trafił do wyczyszczonej obudowy. Ja miałem i nadal mam nadzieję, że iluś tam kilometrowa jazda (nikt nie wie, ile km auto przejechało bez filtra przed sprzedażą) bez tego ważnego elementu nie zaszkodziła jakoś szczególnie silnikowi. Przystąpiłem wtedy do dalszych oględzin.

Już po pierwszym uruchomieniu silnika usłyszałem metaliczny i regularny dźwięk, jakby stukanie metalu o metal. Hmmm… Zawory, panewki? Hmmm… zacząłem się zastanawiać czy w tym silniku napęd rozrządu nie jest przypadkiem realizowany za pomocą łańcucha. Powiedziałem znajomej, że ten dźwięk, który narasta wraz ze wzrostem obrotów nie jest normalnym zjawiskiem. Sprawdziłem później w domu i okazało się, że w Almerze N15 z silnikiem 1.4 o oznaczeniu GA14DE jest łańcuch rozrządu i mechaniczna regulacja luzu zaworowego. Deklarowany w tym dziewięcioletnim aucie przebieg to trochę ponad 150 tysięcy mil czyli ponad 240 tys. km i choćby z tego powodu można podejrzewać, że ten metaliczny dźwięk pochodzi ze zmęczonego już łańcucha rozrządu, choć może pochodzić także od zaworów, których luz nie jest prawidłowy.

Jak wiadomo, luz zaworowy powinno się okresowo regulować (w przypadku tego silnika zaleca się to robić co 60 tys. km) i nie było by nic dziwnego, gdyby się okazało, że luz jest zwyczajnie zbyt duży, bo ostatnia regulacja była przeprowadzona nie 60, ale np. 160 tys. km temu.

Zrobiłem jazdę testową i od samego początku czułem, że auto lekko ale uparcie ściąga w lewo. Zapytałem, czy znajoma tego wcześniej nie zauważyła, ale dowiedziałem się, że jej to nie przeszkadzało i nie przeszkadza, bo… jej wcześniejsze Suzuki Alto ściągało cały czas na prawo i ona myślała, że tak ma być! Że auto po prostu powinno tak jechać i tyle! Ech…

Powiedziałem jej, że należałoby sprawdzić zbieżność i geometrię przedniego zawieszenia, hamulce – bo może lewy klocek lekko ociera o tarczę oraz ustawienie luzów zaworowych i stopień napięcia (rozciągnięcia i zmęczenia) łańcucha rozrządu. Powiedziałem też, że wypadałoby wymienić olej silnikowy i pomyśleć o oponach.

Znajoma pojechała do irlandzkiego sprzedawcy przy najbliższej okazji, ale dowiedziała się u niego, że to chyba tylko łańcuch ma lekki luz i nie trzeba się tym przejmować. Usłyszała także, że takie lekkie ściąganie auta to nic takiego oraz że na tym oleju silnikowym śmiało można jeszcze jeździć. Usłyszała, że jeśli będzie chciała to oczywiście może on zacząć usuwać rzekome usterki, ale za wszystkie czynności trzeba będzie zapłacić pełną stawkę. Znajoma płacić nic nie chciała więc temat się zakończył…

Po około dwóch tygodniach zostałem ponownie poproszony o sprawdzenie auta, bo silnik zaczął ostatnio bardzo głośno pracować. Uruchomiła go i faktycznie – hałas był wyraźnie donośniejszy niż ostatnio, aż strach było wchodzić na wyższe obroty. Powtórzyłem tekst o sprawdzeniu łańcucha rozrządu i luzów zaworowych, powiedziałem, że musi jak najszybciej coś z tym zrobić, bo wkrótce nie będzie już czego naprawiać.

Ale gdy byłem przez nią odwożony do domu, zobaczyłem, że na tablicy rozdzielczej co kilkanaście sekund zapalała się kontrolka ciśnienia oleju! Zjechaliśmy od razu na pobocze. Upewnienie się, że auto stoi na płaskim terenie, maska w górę i szybkie sprawdzenie poziomu oleju (oczywiście po wcześniejszym przetarciu bagnetu i pamiętając, że sprawdzanie poziomu oleju kilka sekund po wyłączeniu silnika nie jest tak do końca prawidłowe) i już wszystko jasne! Ślad na bagnecie dochodził tylko jakieś 5 milimetrów poniżej minimalnej wartości! Czyli wiadomo już, że ten metaliczny dźwięk pochodził od mechanicznych elementów, które pracowały prawie, że na sucho! Całe szczęście, że tuż obok była stacja benzynowa i można było od razu kupić i dolać olej.

Pojawiło się jednak od razu pytanie: jaki olej? Pod maską nie było żadnej kartki z informacją o jego typie a o książce serwisowej można było tylko marzyć. Postanowiłem więc wlać średniaka – półsyntetyczny Mobil S 10W40, który ze swoim API SL spokojnie spełnia zalecane minimum dla tego silnika (starczyłoby API SG lub nawet SF).

Silnik nie zdążył się jeszcze nawet nagrzać więc olej mogłem wlać od razu (nie należy dolewać większej ilości oleju na ciepłym silniku). Poziom po dolewce podskoczył na ok. 1/4 zalecanej skali czyli nie było już źle. Z duszą na ramieniu uruchomiłem wtedy silnik i na szczęście usłyszałem, że pracuje on o wiele ciszej – potwierdziła się tym samym wersja zakładająca, że metaliczny stukot pochodził od słabo smarowanych zaworów czy panewek. Zauważyłem przy okazji, że barwa oleju nieco się rozjaśniła – no tak, w końcu teraz około 1/3 oleju w silniku jest zupełnie nowa.

Powiedziałem od razu, że trzeba jak najszybciej jechać do mechanika, wymienić wymieszany olej silnikowy (wiadomo przecież, że nie powinno się mieszać różnych jego typów) i sprawdzić w jakim stanie jest silnik. Nie było nigdzie widać śladów zewnętrznych wycieków i należało się spodziewać, że olej jest po prostu spalany. Prawdopodobieństwo spalania oleju podnosił także tłusty osad na końcówce rury wydechowej oraz pokryte tłustym nalotem świece, o których wspominałem w poprzedniej części wpisu. Aha, jeśli ktoś z was zwrócił wcześniej uwagę na brudną powierzchnię tuż przy fajkach, to już mówię, że jest to zaschnięty i pokryty kurzem olej silnikowy, który – jak się domyślam – wydostał się już dawno temu przez nie do końca zakręcony korek wlewu oleju.

I trzeba po prostu teraz możliwie szybko sprawdzić silnik i zobaczyć którędy olej przedostaje się do cylindrów (czy to pierścienie, uszczelniacze zaworowe itd.) i wymienić uszkodzone elementy. Trzeba go sprawdzić także pod kątem ewentualnych uszkodzeń mechanicznych spowodowanych pracą na zbyt niskiej ilości oleju. Wypadałoby choćby zdjąć miskę olejową i zobaczyć w jakim stanie są panewki. Tym bardziej, że istnieje szansa, że już poprzedni właściciel jeździł ze zbyt małą ilością oleju silnikowego.

No i znajoma pojechała do sprzedawcy (właściciela warsztatu samochodowego) i poprosiła o sprawdzenie silnika i wymianę oleju wraz z filtrem. Następnego dnia odebrała auto i ponownie usłyszała, że nie musi się przejmować stukami, bo to w używanym aucie normalne!!! Mechanik powiedział też, że wlał do silnika bardzo skuteczny preparat o nazwie Oil Stop (który także jest dostępny w Polsce za kilkanaście zł), dzięki któremu ma już nigdy nie być problemów z wyciekami.

Szkoda tylko, że nie wspomniał on nic, że taki Oil Stopowy wynalazek to nic innego jak zagęszczacz oleju, jakich przecież wiele na rynku. I szkoda, że nie wspomniał też, że jest to tylko półśrodek, bo zagęszczając olej i chroniąc przed wyciekami obniża jednocześnie właściwości smarne przy każdym rozruchu na zimno.

 

I tak dochodzimy do dnia dzisiejszego – znajoma nadal jeździ swoją Almerą, tyle, że już bez takiego szerokiego uśmiechu. Wie teraz, że auto miało zostało byle jak naprawione po wypadku i że silnik jest już w słabej kondycji. To, plus takie drobiazgi jak stare opony przypominają jej tylko o tym, że okazyjny zakup okazał się… hmmm… mało okazyjny. Nie chce już ona jednak inwestować w to auto, bo najprawdopodobniej doprowadzenie go do prawidłowego stanu (remont silnika, wymiana opon itd.) podwoiłoby jego wartość. I będzie się już Almerą „kulała” to końca jej dni. Pozostaje mieć nadzieję, że koniec dni dla silnika nie przyjdzie zbyt szybko…

Pocieszeniem jest chociaż to, że już mi powiedziała, że jeśli będzie kiedyś chciała kupić kolejne auto, to z całą pewnością weźmie mnie ze sobą na oględziny. Co i tak nie zmienia faktu, że jest mi jej teraz żal…