No i stało się! Nadszedł czas i chciałem kupić sobie samochód. Samochód nie na handel i nie dla przysłowiowego Żyda, ale dla siebie. Samochód oczywiście używany, bo nadal uważam, że w Polsce nie ma sensu pchać się w prywatny zakup nowego auta.

Co wybrałem? Hmmm… już w przedbiegach odpuściłem sobie polskie specjalności czyli tanie, 100% bezwypadkowe igiełki w wersjach „nic nie puka, nic nie stuka” i cały czas pamiętałem o tym, że używane auto można kupić albo tanio albo dobrze. I chcąc kupić dobrze nie miałem zbyt dużego wyboru.

No ale po kolei.

Na spokojnie przemyślałem jakiego auta tak naprawdę potrzebuję i skończyło się tak, że zacząłem szukać Astry G kombi, najchętniej z poczciwym silnikiem 1.6 8V z wielopunktowym wtryskiem paliwa (Z16SE), który jak wiadomo – baaardzo dobrze współpracuje z instalacją gazową, która to wkrótce po zakupie ma się zadomowić w aucie.

Odezwałem się do Andrebara, którego – jak to przecież kiedyś pisałem – znam od wielu lat i do którego mam pełne zaufanie.

Kilka konkretów odnośnie auta, które mnie interesuje i wkrótce dostałem pełen przegląd niemieckiego rynku. Na uwagę zasługiwały m.in. te Astry:

srebrna z roku 2001:

oraz granatowa z roku 2003:

W rezerwie mieliśmy jeszcze kilka ogłoszeń z Astrami, których właściciele (że tak to ujmę) zdali „telefoniczne egzaminy” i nie okazali się np. „polskimi niemcami” parającymi się handlem autami o wątpliwej przeszłości. I w takim razie nie pozostało nic innego jak pojechać obejrzeć na żywo wstępnie zarezerwowane auta.

Pierwsza w kolejce do oglądania była wspominana już Astra z 2003 roku – budząca największe zaufanie i której sprzedawca (rodowity Niemiec prowadzący komis) pozostawił po rozmowie telefonicznej bardzo dobre wrażenie. Nastąpiła więc prosta i szybka decyzja – jedziemy do Eisenach obejrzeć Astrę wstawioną do komisu przez pierwszego właściciela (co później łatwo potwierdziliśmy w dokumentach) w ramach rozliczenia za zakup młodszego auta.

 

Przyjechaliśmy na miejsce jeszcze przed otwarciem komisu, ale na szczęście nie był on ogrodzony więc bez przeszkód mogliśmy zacząć oglądanie i badanie miernikiem. Minusem był fakt, że poprzednia noc była mroźna i w chwili rozpoczynania oględzin auto było wilgotne, bo właśnie roztapiał się na nim szron. W związku z czym musieliśmy dokładnie wytrzeć i wysuszyć miejsce, do którego za chwilę chcieliśmy przyłożyć miernik lakieru.

W trakcie oględzin potwierdziło się, że Astra miała malowane i przednie i tylne lewe drzwi, ale po późniejszym otworzeniu auta z pewnością można było powiedzieć, że malowanie wynikało z powierzchownej, parkingowej obcierki. To co najważniejsze – czyli wszystkie progi i słupki, podłoga bagażnika, dach i podłużnice były całkowicie oryginalne i tu nie było się do czego przyczepić!

Czy fakt malowania zewnętrznej powierzchni drzwi miał już skreślić Astrę? NIE! Przecież taka parkingowa obcierka może się zdarzyć także i mnie po zakupie innego, nigdy niemalowanego ponownie auta a wtedy tak starannie wybierany samochód i tak będzie miał na sobie „drugi lakier”. Głupotą byłoby więc skreślać tę ośmioletnią już przecież, granatową Astrę tylko dlatego, że miała malowane lewe drzwi!

 

Jazda próbna potwierdziła świetną kondycję silnika, całego układu przeniesienia napędu oraz zawieszenia i po chwili trzeba było podjąć decyzję czy warto to auto kupić czy może jednak nie?

Cena?

Już wywoławcze 4500 euro było generalnie do przyjęcia za Astrę kombi z tego rocznika, ale wiadomo – trzeba się było potargować. Uczepiliśmy się tych malowanych drzwi oraz opon letnich, których bieżnik miał tylko ok. 3mm głębokości (znajdujące się w bagażniku opony zimowe na stalowych felgach miały ok. 6mm głębokości więc nie można się było także i ich „uczepić”) i po chwili cena, która interesowała sprzedawcę wynosiła tylko równe 4000 euro!

Za prawdziwie bezwypadkową Astrę G 1.6 kombi z 2003 roku, od pierwszego właściciela, z czterema airbagami, z dwoma kompletami felg i opon, oryginalnym przebiegiem wypadającym na poziomie 17.5 tys. km rocznie (niskim, w końcu to nie Diesel) i w naprawdę dobrym stanie technicznym ta utargowana cena nie była ceną wygórowaną i po prostu warto było poważnie rozważyć zakup tej Astry.

Tak, mogliśmy oczywiście jechać dalej, choćby do oddalonego o 140 kilometrów Giessen, aby obejrzeć wspominaną Astrę z 2001 roku, ale jakoś tak… w ciągu tych ponad godzinnych oględzin polubiłem już Asterkę AD. 2003 i pomyślałem, że to właśnie nią chcę wrócić do Polski.

 

Pozostało więc zapłacić za auto i wybrać się do niemieckiego wydziału komunikacji po tablice wyjazdowe z żółtym paskiem. Potem tylko szybka sesja na parkingu przed marketem:

i już można było wskakiwać na autobahnową czwórkę i pod eskortą Andrzeja uderzać prosto na Drezno i dalej na Gorlitz.

 

Ech… i w drodze powrotnej, przejeżdżając przez tunel taki jak ten:

żałowało się, że takie np. Audi R8 spotkało się nie w nim, ale na otwartym odcinku autostrady…

 

Czego jeszcze można było „żałować”? A na przykład tego, że podczas gdy ja „przepłacałem” i wykładałem pełną niemiecką cenę za pełnowartościowe auto, to zarówno na Autobahnie jak i podczas tankowania w Zgorzelcu widziałem, że Polacy nadal mniej lub bardziej masowo sprowadzają rozbitki:

po to tylko, by je wyklepać i swą zapewne 100% bezwypadkową igiełką w okazyjnej cenie uszczęśliwić kolejnego Polaka.

Cóż, ja wolałem „przepłacić” i kupić dobrze z wąskiej oferty wyselekcjonowanej przez Andrebara. Dojechałem Astrą bez problemu 800km do domu i zakupu nie żałuję. I wiem, że nigdy nie będę żałować…

 

A co z Audi RS4 B5? Hmmm… mówią, że nie można mieć wszystkiego i chyba pozostaje mi się z nimi zgodzić. Niestety…