Jeśli myślisz, że zaraz przeczytasz o dzielnym konstruktorze, co Rudolf Diesel się nazywał, to – co ja tu będę owijał – mylisz się. Od tego jest choćby wikipedia. Rozwinę tu za to wątek, który rozpocząłem kilka dni temu.

Który Polak by nie chciał jeździć autem, które jest wygodne i komfortowe, dobrze się prezentuje, ma dobre osiągi i na dodatek mało pali? Oczywiście, że każdy by chciał. I to nie tylko Polak, bo podobne założenia odnośnie kupowanego w salonie auta miał Niemiec, Francuz, Włoch, Belg i Holender. Ba, Szwed też.

Trochę przykre jest to, ze lwia część wyżej wymienionych Europejczyków mogła i nadal może swobodnie wybierać w ofertach dealerów oferujących nowe auta, podczas gdy lwia część Polaków może przebierać jedynie w „otomotowych” ogłoszeniach i to celując w grupę aut w wieku 10+. Pomijam teraz to, że praktycznie wszystkie te auta to bezwypadkowe igiełki, w których nic nie puka i nic nie stuka i do których wystarczy tylko lać i jeździć. Nie ma się co dziwić – sprzedawcy chcą osiągnąć możliwie wysoką cenę sprzedaży i takimi opisami starają się zwabić potencjalnych klientów.

Jeśli ktoś przeglądał kiedyś ogłoszenia sprowadzonych aut, z całą pewnością zauważył, że spora z nich część to auta napędzane silnikami patentu wspominanego już Rudolfa Diesla. Biorę Diesla, bo to jest trwały silnik czy tym bardziej: Biorę Diesla, bo on mało pali to częste hasła padające z ust kupujących lub osób, które Diesle polecają. Ale nie jest tutaj tak różowo, bo trzeba przecież pamiętać, że koszt paliwa to nie wszystko!

Trzeba przede wszystkim pamiętać, że w ogromnej większości przypadków, ludzie z zachodniej Europy nie kupują aut z silnikami wysokoprężnymi po to, by patrzeć jak stoją w garażu. Kupują je po to, by nimi jeździć. Sporo jeździć, tym bardziej, że na zachodzie istnieją świetnie rozwinięte sieci autostrad, które tylko zachęcają do dalszych podróży. Skoro ktoś planuje przebiegi roczne na poziomie 40 czy 50 tysięcy km to opłaca mu się zapłacić nieco więcej za auto z silnikiem Diesla, bo różnica w cenie szybko się zwróci i będzie na swoim ropniaku oszczędzał.

I oglądając ogłoszenia ze sprowadzonymi autami trzeba po prostu pamiętać o prawdopodobnym, rzeczywistym przebiegu, który kształtował się na poziomie 30, 40, 50 czy nawet więcej tys. km rocznie. Pamiętacie wpisy z serii Cofanie Licznika & Korekcja Przebiegu? Bądźcie pewni, że usługi korekcji nadal są popularne.

A w związku z tym – może się okazać, że pięknie odpicowane auto z Dieslem przejechało tak naprawdę z pół miliona kilometrów i przy takim przebiegu wiele elementów ma prawo już być po prostu zmęczonych. Czasy wolnossących ropniaków z wtryskiem pośrednim, które np. w Mercedesach W124 osiągały bez problemu grube setki tysięcy kilometrów minęły już bezpowrotnie. Poczciwe, mercedesowskie silniki 200D, 250D czy 300D osiągały po 35 – 40 KM z jednego litra pojemności i były to absolutnie nie wyżyłowane jednostki. Ale w obecnych turbodieslach, nie ważne czy mowa o TDI, CDI, HDI, DTI czy D4D z jednego litra pojemności osiąga się nawet ponad 70KM i to już jest coś.

Wtryskiwacze oleju napędowego, pompa wtryskowa, turbosprężarka czy choćby przepływomierz powietrza to jedni z pierwszych kandydatów do usterki. Nie twierdzę oczywiście, że każdemu, kto kupi jutro turbodiesla zaraz uszkodzi się połowa elementów, ale w obecnych czasach jest to po prostu dodatkowy czynnik ryzyka. A co jeśli ktoś kupi młodsze auto wyposażone w filtr cząstek stałych (FAP) czy okryte już złą sławą dwumasowe koło zamachowe? Są to dodatkowe elementy, które w razie „zmęczenia eksploatacyjnego” mogą przyprawić właściciela o konkretny ból głowy. A wtedy cała kwota zaoszczędzona dzięki niskiemu spalaniu przeznaczona zostanie na naprawę.

Niezawodność nowoczesnych turbodiesli w dużej mierze zależy od poprzedniego właściciela. Jak dbał o turbosprężarkę, czy preferował dynamiczny czy może wręcz agresywny styl jazdy oraz gdzie tankował – oto trzy najważniejsze pytania, nad którymi powinien się zastanawiać potencjalny kupujący. Jeśli oglądane przez nas auto jest sprowadzone, to możemy jedynie zaufać handlarzowi na słowo, że oglądany egzemplarz rzeczywiście pochodzi od „niemieckiego emeryta, który bardzo dbał o swój samochód”. Stan turbiny czy układu przeniesienia napędu można lepiej lub gorzej sprawdzić, ale i tak zawsze pozostaje kilka niewiadomych.

Nie należy także zapominać o składce na obowiązkowe ubezpieczenie OC, które jak wszyscy wiedzą, liczona jest od pojemności silnika. I kieszeń młodego kierowcy, który nie ma jeszcze żadnych zniżek a chce zarejestrować auto tylko na siebie (nie ma taty czy wujka z 60% zniżką) z pewnością odczuje różnicę w składce za beznynkę 1.2 czy 1.4 oraz za 1.9 czy 2.0 „w Dieslu”.

Pamiętać też trzeba, że turbodiesle są generalnie droższe w serwisowaniu – w porównaniu z małym benzyniakiem, silnik zalewamy nieco większą ilością oleju silnikowego, który z reguły jest droższy, bo musi spełniać wyższe normy (np. słynna norma VW 505.01 dla TDI PD czy 506.01 dla TDI PD z WIV). Dodatkowo, często wbrew temu, co mówią producenci, olej w zasadzie powinno wymieniać się już co 10 tysięcy km – chodzi tu o turbosprężarkę, która jest zarówno chłodzona jak i smarowana olejem i która przy częstrzej jego wymianie będzie miała dużo lżejsze życie. Nieco więcej zapłacimy także za akumulator, który w Dieslach ma większą pojemność, za opony, które w ropniakach często są np. o jeden cal większe niż w przypadku podstawowego benzyniaka czy za wymianę paska rozrządu itd.

 

Czy to wszystko oznacza, że stanowczo odradzam nowoczesne turbodiesle (za takie uważam silniki o zapłonie samoczynnym z bezpośrednim wtryskiem paliwa i turbodoładowaniem)? NIE. Silniki te odradzam osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z motoryzacją. Odradzam je więc tym, którzy najczęściej nie mają zniżek na OC (a nawet jeśli mogą się do kogoś dopisać, to przecież mogą się też dopisać kupując auto z benzyniakiem 1.4), którzy najczęściej będą jeździć z 10 czy z 15 tys. km rocznie oraz którzy najczęściej nie mają wysokich funduszy na zakup wymarzonych czterech kółek. Takim osobom polecam auta klasy B z benzyniakami o pojemności 1.2 czy 1.4 litra.

Jeśli jednak ktoś planuje robić duże przebiegi, ma zniżki na OC itd. to może myśleć o Dieslu. Musi jednak pamiętać o prawdopodobieństwie korekcji licznika a co za tym idzie – możliwości wystąpienia awarii jednego z drogich elementów „zmęczonego” już silnika lub osprzętu z nim współpracującego.

Proste – Koszt paliwa to nie wszystko…

Ps. Kwestia LPG została rozwinięta we wpisie Kilka słów o: Benzyniak z LPG.