Myślałem jak zacząć dzisiejszy wpis… „Drodzy zawodowi handlarze używanych aut” nie brzmiałoby zbyt dobrze. Równie słabo brzmiałoby kilka innych wejściówek, które przyszły mi do głowy. Postanowiłem darować więc sobie wstęp i przejść od razu do konkretów.

Handlarz używanymi autami też człowiek – oczywiście. I jak każdy ma swoje lepsze i gorsze strony, w porządku. Pracuje on i dzięki zarabianym pieniądzom, chce po prostu godnie żyć i z tego powodu niczym nie różni się od zawodowego kierowcy, mechanika czy ekspedientki w osiedlowym warzywniaku. Nie jestem wrogiem handlarzy, bo wiem, że jest to zawód jak każdy inny.

Nie jestem także przeciwnikiem powypadkowych aut. Po drogach całego świata jeździ mnóstwo aut i nie ma się co dziwić, że co jakiś czas spotykają się one ze sobą lub z otoczeniem w raczej niezaplanowany przez kierowcę sposób. W porządku, jeśli uszkodzenia były małe i konstrukcja nośna nie została naruszona to nie ma najmniejszego problemu – można śmiało naprawiać auto.

Można oczywiście rozpocząć naprawę także mocniej uszkodzonych aut, ale wymaga to odpowiedniego sprzętu, w tym przede wszystkim ramy pozwalającej na dokładny pomiar położenia tzw. punktów stałych nadwozia, bo jest to warunkiem przywrócenia autu właściwej geometrii. To powoduje jednak, że naprawa jest droga i często nieopłacalna.

I dochodzimy do największego problemu – jak zrobić, żeby zarobić?. O przepisie na Rodzyna i o autach bezwypadkowych i bezwypadkowych wspominałem już dawno temu i nie ma sensu ponownie poruszać tych kwestii. Poruszyć można jednak inną – jaką mentalność ma człowiek, który opisuje oferowane auto jako „100% bezwypadkową igiełkę w idealnym stanie”, a który pamięta jaki smutny obraz przedstawiało sobą to auto w chwili przyjazdu do Polski?

Pamiętacie choćby Civica czy Xsarę, o których wspominałem jakiś czas temu? Są to właśnie przykłady na takie bezwypadki. Na podstawie zdjęć ciężko jest określić w jaki dokładnie sposób naprawiono auto, ale słabe spasowanie poszczególnych elementów po prostu zdradza bujną historię auta i zachwalającego auto sprzedawcę stawia w mało korzystnym świetle. Spodziewać się oczywiście należy, że w razie przyciskania do muru będzie on twierdzić, że nic o naprawie nie wie i że jeśli już coś było robione to widocznie jeszcze w Niemczech czy we Francji.

A przecież auto, które zostało byle jak złożone i które tym bardziej zamiast sprawnych poduszek powietrznych ma sprawnie imitujące je zaślepki nigdy nie będzie już w stanie zapewnić pasażerom należytej ochrony w trakcie ponownego zderzenia! Jest to kolejna kwestia, o której wspominałem dawno temu i też nie ma sensu do niej wracać. Auta ze wspawanymi ćwiartkami czy wręcz w wersji 2 w 1 też były już omawiane.

I co na to zawodowi handlarze, którzy często sprzedają takie właśnie bezwypadki nieświadomym niczego ludziom? Skoro uczciwy człowiek pyta „czy auto miało wypadek?” to czy nie zasługuje na uczciwą odpowiedź? Czy typowy handlarz nie ma nawet krzty sumienia i czy wciskanie bitych aut przychodzi mu z naturalną łatwością? Hmm…

To przecież tak samo, jakby Pani Krystyna z warzywniaka wciskała swoim klientom zgniłe, ale zapakowane w ładne torebki jabłka i zachwalała je jako 100% świeżuteńkie, prosto z drzewa…

Nie można jednak wszystkich ludzi sprzedających używane auta wrzucić do jednego wora z napisem „handlarz zły”. Sprzedawca taki choćby jak ten oferuje wyklepane auto, ale w żaden sposób go nie upiększa i nie daje opisówek typu super igiełka, 100% bezwypadek. W porządku – można przecież sprzedawać naprawione auto, jeśli w trakcie sprzedaży nie wprowadza się kupującego w błąd. I jeśli kupujący ma świadomość, że stoi przed autem z bujną przeszłością i mu to nie przeszkadza – to jest to już jego wybór. Trzeba mieć oczywiście nadzieję, że naprawione auto nie będzie zagrożeniem na drodze dla niego samego i tym bardziej dla innych, ale generalnie nie można nikomu zabronić kupowania takich aut. Jeśli ktoś ma skromne fundusze i zdają sobie sprawę z tego, co prezentuje sobą dane auto to niech je kupi i ja będę mu życzyć szerokiej drogi (choć zawsze będę odradzał zakup auta z wszczepioną ćwiartką czy połówką). Najważniejsze będzie to, że oferowany pojazd nie był słownie upiększany przez sprzedawcę czyli nikt nikomu nie wciskał ściemy!

A wszyscy Ci, którzy klepią blachy, szpachlują na prawo i lewo, wstawiają zaślepki poduszek, wszczepiają ćwiartki czy połówki, dla sportu cofają liczniki i na koniec wystawiają wehikuły jako 100% bezwypadkowe igiełki, w których nic nie puka, nic nie stuka? Hmmm…

Gdy ludzie zorientują jakie jabłuszka wciska im Pani Krystyna to zwyczajnie ich nie kupią, powiedzą o nich swoim znajomym, wieść się rozejdzie i nad Panią Krysią zawiśnie widmo bezrobocia. No chyba, że wtedy zacznie ona liczyć wyłącznie na ludzi, którzy zamiast delektować się Chablis Grand Cru będą woleli taniego jabola.

Tani jabol jest dobry, bo jest dobry i tani? Tak, ale pod warunkiem, że tani jabol nie jest wciskany nieświadomym ludziom jako drogie Chablis…