A działo się to dnia pańskiego 15 lipca owego roku. Król Jagiełło, który wtenczas w podarku dwa bite Golfy od herodów otrzymał, stawił się pod Grunwaldem, bo wiedział, że walnego turnieju odroczyć się nie da.

Siły polskie wysunęły się z lasu i zarośli w składnym szyku bojowym. W przodku stał hufiec tak zwany “czelny”, złożony z najstarszych blacharzy, za nim walny – a za walnym lakiernicy i mechanicy. Utworzyły się przez to między hufcami dwie długie ulice, po których przelatywał Zyndram z Maszkowic i Witold. Ten ostatni bez hełmu na głowie, w świetnej zbroi, podobny do złowrogiej gwiazdy lub do gnanego wichrem płomienia.

Blacharze nabierali tchu w piersi. Turniej miał wkrótce nastąpić.

Wtem Król Jagiełło między szeregi swych ludzi wstąpił i tymi słowy przemówił:

- Złe wieści bracia wam niosę. Mimo chęci szczerych, mimo szczodrego oferowania worków z dukatami, nie stawili się żadne śmiałki – wybrańcy narodu, co z darowanych Golfów bezwypadkowe zrobić by mogli!

I patrzał Król długo na ogrom swego ludu, który w te słowa zdawał się nie wierzyć. Patrzał na rozpostarte jakby u olbrzymiego ptaka skrzydła, na poruszaną wiatrem tęczę chorągwi i nagle serce mu się ścisnęło jakimś nieznanym, strasznym uczuciem.

- Ja.. – Król nawet słowa nie mógł wydusić…

Po raz pierwszy przyszło mu na myśl, jaki to okropny nastał dzień, i po raz pierwszy uczuł, jaką niezmierną odpowiedzialność wziął na swoje ramiona.

Twarz mu aż pobladła, wargi poczęły drżeć, z oczu puściły się obfite łzy. Niezliczone chorągwie ze zdziwieniem spoglądały na swego wodza.

- Co wam jest, panie? – zapytał Jaśko Mążyk z Dąbrowy, co nie tak dawno słowa heroldów Królowi tłumaczył.

- Zaiste stosowna to do łez pora! – ozwał się Jagiełło. Nie mam trafnych ludzi, by godnie do turnieju przystąpić. Ci, których mam są zbyt starzy lub zbyt mało doświadczeni!

W całym orszaku królewskim zapadła cisza, jako rzeź niewinnych okrutna.

Nastała następnie cięższa może od samego turnieju chwila oczekiwania. Na polu między Zakonem a armią królewską wznosiło się od strony Grunwaldu kilka odwiecznych dębów, na które powłazili chłopi miejscowi, aby patrzeć na zapasy tych wojsk tak olbrzymich, jakich od niepamiętnych czasów świat nie widział. Lecz prócz tej jednej kępy całe to pole było puste, szare, przeraźliwe, do obumarłego stepu podobne. Chodził tylko po nim wiatr. Oczy blacharzy zwracały się mimo woli na tę złowrogą, milczącą równinę. Przelatujące po niebie chmury przesłaniały od czasu do czasu słońce, a wówczas padał na nią mrok śmiertelny.

Lecz Krzyżacy, spoglądając z góry na lesistą nizinę, widzieli na krawędzi boru tylko kilkanaście polskich chorągwi i wcale nie byli pewni, czy to jest cała armia królewska. Wprawdzie na lewo, koło jeziora, widać było także szare gromady mechaników, a w kuszczach błyszczało coś na kształt podnośników. Mógł to być jednak tylko znaczny podjazd polski. Dopiero zbiegowie ze zburzonego Gilgenburga, których kilkunastu sprowadzono przed mistrza, zaświadczyli, iż naprzeciw nich stoją wszystkie siły polsko-litewskie.

A Król Władysław zdawał sobie już sprawę z ogromu klęski, jednakże patrzył jakby w nadziei przed siebie i w końcu rzekł:

- Poślijcie po ów dwóch heroldów, bom chciał z nimi pomówić!

I już po kilku chwilach heroldzi byli w drodze do polskiego obozu. Ponownie zasiedli w swych ogromnych, pokrytych kropierzami lawetach bojowych i błyszczeli w świetle słonecznym od jedwabiów, które po wierzchu zbroi nosili. Jechali obaj – ten, co miał na tarczy cesarskiego czarnego orła na złotym polu, oraz ten, który był heroldem księcia szczecińskiego i którego zdobił gryf na białym polu.

Cały orszak królewski ale i także wszystkie polskie chorągwie niecierpliwie czekały na ich przybycie. Czekały także na słowa Króla, który nie wiadomo co chciał im oznajmić.

Już jadą, już tuż tuż… za chwilę zatrzymają się pośród polskich szeregów. Jeszcze tylko chwila i wszystko się okaże