Czyli jak dobrze prosperować w dobie kryzysu i ciągle mieć zlecenia (czyli pracę i kasiorkę)?
Odp: Kupić sobie miernik grubości powłoki lakierniczej i zaliczyć kursy dające uprawnienia rzeczoznawcy!

Już od jakiegoś czasu jestem na regularnej korespondencji mailowej z Andrebarem, który często udziela się w komentarzach do moich wpisów. Chciałbym wam przedstawić jego spojrzenie na sprawę kupujących i… kupujących. Jego opinia jest tym bardziej ciekawa, ponieważ on jest jednym z tych, którzy te auta kupującym sprzedają.

Oto dwa, bardzo ciekawe teksty, które dostałem od Andrzeja na maila:

Wcześniej nie zwracałem uwagi na tego typu zachowania, gdyż uważałem za normalne, że klient chodzi wokół auta i go tam sobie ogląda. Starałem się nie przeszkadzać “nachalnym towarzystwem” (sam lubię też tylko sobie pooglądać np. sprzęt RTV i w zakłopotanie mnie wprawia nadgorliwość sprzedawcy) Dlatego zawsze starałem się obserwować poczynania potencjalnego kupującego z dyskretnej odległości nie narzucając mu swej osoby bez jego przywołania. Drugim motywem takiego działania jest smutny fakt, że muszę po prostu pilnować auta gdyż nie raz mi się zdarzyło interweniować gdy klient próbował wbijać śrubokręt w progi lub sprawdzać oryginalność nadkoli błotników (w starszych autach – Ford, Opel, Fiat itp.) poprzez próbę ich ręcznego wyrwania! Ale wbrew pozorom ta grupa “kupujących szkodników” jest niczym w porównaniu do “małpy z brzytwą”.

Dlaczego?? Dlatego, że jak masz “normalne” auto a nie “figurkę z gipsu” to ten śrubokręt najwyżej porysuje lakier na progu a błotnik też się nie urwie… Ale wątpliwej jakości czyli kiepsko na kursach wyedukowany rzeczoznawca z miernikiem w ręku, umiejący tylko odczytywać jego wskazania może wyrządzić więcej szkody niż Ci pierwsi opisani i to zarówno KUPUJĄCEMU jak i SPRZEDAWCY.

PRZYKŁAD z dnia dzisiejszego:
Godz. 10 na parkingu przed placem parkuje Mazda 626 z, której wysiada młody (ok. 30 lat) człowiek i kieruje się od razu do wystawionej na sprzedaż Mazdy 323F z 2003r, co mnie wcale nie zdziwiło gdyż większość osób odwiedzających a jeżdżących podobną marką auta tak robi ze zwykłej ciekawości. Ale z reguły taka ciekawość kończy się na przeczytaniu informacji o roczniku, cenie i optycznych oględzinach różnic oraz newralgicznych miejsc podatnych na korozję. Czasami proszą też pod pretekstem oględzin o otwarcie maski aby porównać czy aby mają wszystko podobnie u siebie. Natomiast z doświadczenia wiem, że jak ktoś się długo kręci przy aucie a podobnym podjechał to często “potrzebuje” jakiś detal z wyposażenia zewnętrznego, który oglądany egzemplarz posiada a jego nie.

Nie ukrywam, że podobnie pomyślałem i w tym przypadku gdyż gość bawił już przy aucie czas jakiś wykonując skłony, przysiady i takie tam proste ćwiczenia znane z lekcji W-Fu. Podszedłem bliżej przyjrzeć się sytuacji i zauważyłem, że jegomość posługując się urządzeniem typu miernik lakieru bada powłokę lakierniczą Mazdy. „Ma prawo” – myślę sobie i nawet się ucieszyłem, że ludzie mądrzeją gdyż o aucie wiedziałem wszystko. Mazdę kupowałem osobiście od obywatela Niemiec u niego z domu (w Niemczech). Poinformował mnie on, że wjeżdżając do garażu przerysował tylne prawe drzwi a serwis zalecił mu ich pomalowanie nie tylko dla poprawy wrażenia optycznego ale dla dobra blachy, która wystawiła nosa spod lakieru.

I z tej powracającej entuzjastycznej wiary w klienta wyrywa mnie tekst mówiony mierzącego do tel. komórkowego cytat: “Malowana… to nie jest tragedia, szpachli nie ma… ale malowana…” i po chwili “Polecał bym Ci tamtą srebrną…”

Ponieważ lubię pewne sprawy wyjaśnić do końca podszedłem do gościa pytając grzecznie czy mu nie otworzyć aby mógł dokonać bardziej szczegółowych oględzin.
Gość: Nie, dziękuję. Już sprawdziłem
Andrebar: Przepraszam tak z ciekawości a co Pan sprawdził?
Gość: Że malowana
Andrebar: A w jakim celu zadał Pan sobie tyle trudu?
Gość: Dostałem zlecenie od klienta…

Rozmowy całej nie przytoczę, ale widocznie uraziłem fachowca gdyż wyjaśnił na koniec że jest ekspertem rzeczoznawcą. Powiedział, że może mi pokazać papiery i jakiś tam certyfikat za 6 tys. zł i że on wykonuje zlecenia. A to zlecenie polegało na stwierdzeniu czy auto było malowane czy nie. Koniec kropka. A jak ktoś sobie życzy rozszerzonej ekspertyzy to nie za te pieniądze i nie w tych warunkach.

„Niedawno w Skierniewicach byłem” – kontynuuje Gość – „taki wyjazd to 500 nie 99 zł. Do widzenia”.
Wsiadł pojechał.

Kurcze, taki certyfikat to fajna rzecz pomyślałem – roboty do końca życia nie przerobię, tylko muszę kupić sobie miernik!

Po chwili zrobiło mi się żal tego co zlecił to badanie (nawet nie wiem kogo bo nikt nie dzwonił, z nikim się nie umawiałem a od jakiegoś czasu nie daje ogłoszeń do otomoto bo to bez sensu). Pomyślałem sobie, że komuś, kto nie chce zostać oszukany i zleca wstępne oględziny takim fachowcom, dobre auta będą znikać sprzed nosa a oni będą ponosić straty utrzymując pewną ilość ludzi, którzy jak w każdym zawodzie postępują (moim zdaniem) delikatnie mówiąc – nieetycznie.

Mam mieszane uczucia co do rzetelności wykonanej pracy przez owego fachmana. Myślę, że w tym konkretnym przypadku bardziej pomocny byłby pan ze śrubokrętem. Gdybym ja był fachowcem, któremu zlecono tego typu usługę to kierując się etyką czysto zawodową poinformował bym zleceniodawcę o tym, że auto mimo tego warte jest dalszych oględzin ale decyzja należy do niego.

“Chłopski rozum” podpowiada mi w tym przypadku znane powiedzenie – Tam gdzie nie wiadomo o co chodzi, to z reguły zawsze chodzi o pieniądze. Ale to w sporej części wina klientów, którzy powodują takie a nie inne ekspertyzy. Minimalizując wydatki, zlecają tylko podstawowe badanie, które tak naprawdę przy “wiekowym aucie” bez połączenia ze “zdrowym rozsądkiem” jest wydawaniem kasy bez sensu.

Od tylika: Przyznaję, że nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z Andrebarem. Ktoś zapłacić 99 zł za to, że ktoś inny podjechał w dane miejsce, zbadał auto miernikiem i przekazał informację, że auto było malowane! I co z tego? Przecież zarysowanie podczas wjazdu czy wyjazdu z garażu może zdarzyć się każdemu i czy z tego powodu należy przekreślać już auto?

Jak widać, osoba, która zleciła ową „ekspertyzę” już tę Mazdę przekreśliła. Przekreśliła dzięki temu także swoje (jak się można domyślać) ciężko zarobione 99 zł.

Oto inna wiadomość, którą dostałem od Andrebara innego dnia:

Będąc w temacie kupujący i kupujący przytoczę pierwszy lepszy z brzegu przykład, który potwierdza tylko to, że polski klient (w znakomitej większości – ok. 90%) przy zakupie używanego “wiekowego” auta kieruje się typowymi wrażeniami artystycznymi czyli: wyglądem, stanem licznika i nieodzownym dodatkiem z dziedziny hipnozy – ceną!

Przykład: Ford Mondeo, 2.0 16v 136KM, 1996r, kombi, wersja “Ghia”, od 1właściciela. Absolutnie oryginalny przebieg 218 tys. km. Bez najmniejszych śladów korozji, z pełną dokumentacją serwisową, z ważnym niemieckim TUV na 18miesięcy + poprzednie TUV od 1998r + faktura z serwisu na ostatnie usługi z “dużego” przeglądu w tamtejszej ASO na ponad 1800 euro (przy przebiegu 198 tys. km). Nie wspominam o alufelgach, zmieniarce na 10 CD, klimie, podgrzewanych fotelach itd. itp. (wiadomo – wersja “Ghia”).

Ale jak się później okazało, auto miało “wady”, które dyskwalifikowały je w oczach przysłowiowego Kowalskiego przy zakupie – wówczas jedenastoletniego auta! A oto i one:
- auto posiadało drobne “uszkodzenia” lakieru w postaci białych kropeczek (odpryski od kamieni) na przedniej masce, obudowach lusterek i dolnej części błotników (typowe ślady eksploatacyjne)
- ogromny przebieg wynoszący 218 tysięcy km
- lekko pęknięty zderzak tylny w narożniku + otarcia (typowe parkingowe)
- cena ok 20% wyższa od uśrednionej krajowej np. średnia to 8 tys. a moja to 9600zł

Komentarze kupujących – ogólne i najczęstsze:
ad-1- … Panie cały przód do malowania …
ad-2- … Ty Gromek (dowolne imię męskie) jak my się pokażemy na wsi z takim zderzakiem…
ad-3- … O kużba ale ma najechane…pewnie silnik do roboty…
ad-4- … Choć Dżdżysław (kolejne dowolne imię męskie) tam co oglądaliśmy był ładniejszy, tańszy i nie miał takich… ooo…

Przytoczyłem w wielkim skrócie owe komentarze ale i były takie… „O zobacz tył walony…”

I co? Po pół roku (tyle się bujałem w gwarze handlarzy) z Mondkiem wrócił syn sąsiada z saksów, który planował w najbliższym czasie wziąć ślub. Obejrzał auto, pojechaliśmy do OSKP i zadowolony ze ździwienia diagnosty, że w takim stanie technicznym istnieją jeszcze (stare) Fordy podjął decyzję na TAK – kupił Mondeo i jeździ do dziś (drugi rok) z tym “walonym” tyłem, niemalowanymi odpryskami i “kosmicznym” przebiegiem!

A co najważniejsze – bez poważnych awarii. Kiedy tylko jest u rodziców (mieszka z żoną nad morzem) chwali sobie i dziękuje. I w zasadzie to jest dla mnie większą zapłatą jak znikomy zarobek z auta które sprzedałem w myśl mojej zasady – jak mam oddać za pół darmo baranowi to już wolę sąsiadowi!

Przykład Mondka dotyczy większości aut w oryginale niedostosowanych, że tak powiem do “wymogów” polskiego klienta, którego nie stać na oryginał w kraju wypełnionym po brzegi falsyfikatami!!! Polski klient od zawsze kupował podróbki bo były tańsze – kasety magnetofonowe, CD, DVD, buty, ciuchy, proszek do prania czy kawę – byle opakowanie przypominało znane z reklamy albo było ładne.

Dlatego w przypadku sprowadzania dobrych aut to już nie wiem kto jest przysłowiowym “jeleniem” – kupujący ? czy sprzedający? Od paru lat sprowadzam raczej na zamówienie ale nadal jak tam jestem to zawsze coś przywiozę. Uwielbiam kupować od prawdziwych Niemców (szczególnie pierwszych właścicieli) – bo w większości rozstają się z autem jak z “członkiem rodziny” nie każdy Niemiec sprzeda swoje auto Turkowi!!! (to tak dla ciekawostki).

Dlatego mam parę prawdziwych księżniczek ale to pewnie na temat …bezwypadkowe i bezwypadkowe…

Dlaczego o tym pisze ..ano może warto uczyć ludzi jak odróżnić falsyfikat od oryginału gdyż jak wiemy o wiele trudniej jest podrobić oryginał niż zrobić jego duplikat w wersji Dżdżysława i Gromcia.

Od tylika: Hmmm… co ja tu mogę od siebie dodać? Chyba nic. Pozostaje tylko przytaknąć Andrzejowi, bo… dobrze facet prawi…